ZB 6(186), czerwiec 2003
ISSN 12312126, [zb.eco.pl/zb]
Edukacja
 

KEN BALCOMB, NAVY I WIELORYBY

60-cio letni Ken Balcomb zaskoczył niektórych przyjaciół i kolegów ze studiów, nie wspominając już amerykańskiego rządu. Wyprzedził on badania, oskarżając NAVY (marynarka wojenna USA), że ich nowy podwodny system obronny (oparty na falach dźwiękowych) zabija wieloryby i inne ssaki wodne. W rezultacie stało się coś niespodziewanego, NAVY zgodziła się z tym (!).

Ken Balcomb spędził życie obserwując i badając wodne ssaki, fascynując się głównie wielorybami. Tak, jak inni badacze, Ken znał wieloryby głównie z obserwacji i znalezionych gdzie niegdzie kości. Zawsze marzył on o dostaniu nieżywego wieloryba w całości, żeby móc osobiście przestudiować każdą jego część. Ken jest obrońcą tych wodnych stworzeń, i nie tylko, że przestrzegał zakazu zabijania, to jeszcze pomagał go czasami forsować. Wreszcie 15.3.2000 niedaleko posiadłości Kena w Juan Island w stanie Washington, znalazł on na plaży wieloryby! Z pomocą „gapiów" odepchnął jednego do oceanu, drugi był nieżywy. Godzinę później dowiedział się on, że na przestrzeni 100 mil wokół wysp Bahama wypłynęło na powierzchnie 16 ssaków, w tym delfina. 9 z nich udało się zepchać z powrotem do wody. Ken wiedział, że nie może to być wywołane czynnikami naturalnymi, za duży dystans. W głowie badacza powstała sugestia, że zdarzenie musiało być spowodowane jakimś podwodnym systemem dźwiękowym, np. używanym przez NAVY.

Ken Balcomb spędził w NAVY 6 lat, jako pilot oraz pracując nad monitorowaniem radzieckich okrętów podwodnych, używając systemu opartego na falach dźwiękowych. Wtedy był to prymitywny system, którego fale aż tak nie zagrażały wielorybom ani innym ssakom komunikującym się za pomocą słuchu. Jako doświadczony pracownik NAVY, Ken doskonale wiedział, że system dźwiękowy używany przez NAVY nie jest korzystny dla wielorybów, bo jego siła zagłusza naturalne dźwięki ssaków wodnych i uszkadza ich nerwy słuchowe. Wtedy jednak, ssaki były zagrożone głównie w bezpośrednim otoczeniu takowego systemu. System ten, nazywany Sonar, używany jest przez NAVY od lat 70-tych XX w., przez większość czasu nieoficjalnie.

Już w 1976 r. w pobliżu Grecji zaobserwowano wydarzenie podobne do opisanego wyżej, kiedy to wiele wielorybów wypłynęło na piasek w jednakowym czasie. Wtedy nie znaleziono przyczyny. Był to czas pierwszego dużego eksperymentu z Sonar System. Także w rejonie Grecji, w 1996 r. podczas treningu marynarki NATO miało miejsce podobne zjawisko. Tym razem zainteresowało to wielu badaczy rożnych krajów, którzy skonkludowali swój raport stwierdzeniem, że przyczyna „akustyczna" nie może być ani potwierdzona ani wyeliminowana. Wobec zaczynającego się sezonu turystycznego władze greckie szybko zakończyły sprawę.

Ken Balcomb skończył studia na University of California w Santa Cruz, po czym pracował w ośrodku badań wielorybów w północnej Kalifornii. Później wstąpił do NAVY, szukając możliwości obserwacji wielorybów nie tylko przez mikroskop. Najpierw jako pilot, później jako obserwator wojennych okrętów podwodnych, Ken obserwował wieloryby z bliska. Kiedy w 1975 r. Ken opuścił marynarkę wojenną (z powodu pewnego kapitana, który nie lubił Kena, a także z chęci podążania za wielorybami), zajął się badaniem wielorybów, nigdy nie wspominając o Sonar System, nie wypowiadał się też na żadne tematy praw człowieka albo ochrony środowiska. Ken jest generalnie cichym człowiekiem, nie lubiącym być w centrum zainteresowania. Podzielił życie wielu innych pionierów badań życia podwodnego, pisząc kilka książek, nauczając tu i tam. Wszystko to nie przynosiło jednak za wielkich dochodów. W międzyczasie Ken ożenił się na Bahamach. W tym roku minęło 40 lat jego pracy nad ssakami wodnymi, głównie wielorybami. Ken ciężko zapłacił za bycie człowiekiem cichym, lubiącym izolacje – wyeliminowano go z zarządu Muzeum Wielorybów, zmalały dotacje na jego badania. Teraz dotacje pochodzą głównie od prywatnych osób czy ruchów proekologicznych, lub fundacji społecznych.

Pierwszym człowiekiem, z którym Ken skontaktował się zaraz po znalezieniu wieloryba był jego dawny kolega z klasy, Bob Gisiner, obecnie pracujący dla Instytutu Badań Życia Podwodnego w stolicy USA. Bob poinstruował Kena, że najlepiej odciąć głowę zdechłemu wielorybowi i przechować ją w zamrażalniku, do czasu badań. Następnego dnia Ken uczynił jak poradził mu Bob. Kolejnego dnia Ken zrobił to samo z głową innego zdechłego wieloryba po czym wybrał się on małym samolotem na przelot wzdłuż oceanu, pomiędzy Washingtonem a Wyspami Bahama. Zobaczył od dokładnie to czego się spodziewał, okręty wojenne NAVY prowadzące ćwiczenia wokół Wysp Bahama. Marynarka wojenna USA próbowała wtedy po raz pierwszy nową generację Sonar System, nazwaną w skrócie LFAS (Low Frequency Active Sonar System) wywodzącą się jeszcze z lat 80-tych XX w.

Wkrótce po zamrożeniu głów wielorybów, przyleciała do Kena Darlene Katten, pracująca dla rządowego instytutu badań. W ciągu 2 tygodni, Darlene i Ken kilka razy wspólnie badali zamrożone głowy wielorybów, dochodząc do wspólnego wniosku, że powodem śmierci jest najprawdopodobniej Sonar System (!). Poinformowano o tym Boba Gisinera (tego samego, który poradził odcięcie głów) oraz inne osoby, także pracujące dla rządu. Nie wykazali oni specjalnego pośpiechu w zainteresowaniu się sprawą. Wczesnym majem (około 8 tygodniu po znalezieniu wielorybów) Ken poleciał do Waszyngtonu na konferencje zorganizowaną przez ruchy ekologiczne. Przybyło sporo dziennikarzy i obserwatorów. Wśród badaczy nie było Rogera Gentry'ego (dawnego bliskiego przyjaciela Kena), pozostałym nie za bardzo podobało się to co przedstawił Ken. W końcu pracowali oni dla rozmaitych agend rządowych, niektórzy bezpośrednio dla NAVY, poza tym Ken już całe lata pozostawał poza ścisłym kręgiem „grubych ryb". Darlene Katten także nie była zadowolona, kiedy dowiedziała, się, że Ken ujął i jej doświadczenia jako współdowód na swoją teorię o powiązaniu eksperymentów Sonar System ze śmiercią ssaków.

Jak się później okazało, pomiędzy r. 1988 a 1994 NAVY przeprowadziła 22 testy LFAS będąc prawie gotowa do wprowadzenia najnowszego systemu w użycie, kiedy to w 1995 r. pojawiły się o tym artykuły w prasie naukowo-technicznej. W sierpniu tego samego roku, Natural Resources Defense Council (NRDC) – największa prawnicza organizacja proekologiczna – wystosowała do NAVY oficjalny list sugerujący, żeby marynarka wojenna, przedstawiła raport odnośnie wpływu LFAS na środowisko. Taki raport jest wymagany przy wszystkich projektach mogących zaszkodzić naturze. Od opinii raportu zależy czy projekt może być realizowany. W 1996 r. (po przegraniu innej sprawy sądowej z NRDC) NAVY zgodziła się na podjęcie prac nad takim raportem. Szybko okazało się, że Sonar System szkodzi wodnym ssakom, NAVY wniosła więc do Fisheries Services (rządowa agencja ds. ochrony wody) o wyłączenie na małą skalę spod rygorów ochrony środowiska. W październiku 1999 r. Fisheries Services wyraziła zgodę na wyłączenie pod pewnymi rygorami.

10.5.2000 Ken Balcomb został zaproszony jako mówca do Press Club (najbardziej prestiżowy klub prasowy w USA, gdzie często, nawet jeśli jest kilku mówców, jest tylko jeden mikrofon). Jak zwykle, ubrany zwyczajnie (nie w garnitur jak inni) mówił zwięźle, nazywając zdarzenie znalezienia wielorybów najbardziej nietypowym wydarzeniem w moim życiu. Kończąc swą prezentację, Ken powiedział: głównym punktem tego, jest, fakt, że po raz pierwszy zwierzęta te znaleziono w wystarczająco świeżym stanie, żeby ustalić przyczynę zgonu. Rozdano kasety wideo dokumentujące przebieg całej sprawy oraz inne dokumentacje. Wynikiem był rozgłos w mediach. „New York Times" napisał w nagłówku słowa z przemówienia Kena Byłem dumny z bycia wojskowym oficerem pracującym w obronie naszego kraju… ale od kiedy widzę LFAS w zastosowaniu, nie jestem nawet dumny z bycia Amerykaninem, jeśli zmierzamy do zniszczenia wielorybów i delfinów… W następnych tygodniach mnożyły się telewizyjno-radiowe wywiady z Kenem, sprawa stała się tematem numer 1 dyskusyjnych grup internetowych, parlamentarzyści dostali odpowiednie informacje. Niejeden polityk zgodził się z poglądami Kena, nawet niektórzy przedstawiciele z wysokich stanowisk wojskowych nie zaprzeczyli. NAVY pociągnięta była przed Kongres i przed rządową komisję Wysp Bahama w celu zdefiniowania sytuacji. Według wstępnych sprawozdań NAVY wynikało, że wokół Bahamów, była używana jedynie starsza wersja systemu. Takie stwierdzenie jedynie pomogło oponentom LFAS. Jeden z wojskowych „grubych ryb" przyznał Kenowi rację, dodając jednak, że nie będzie przedkładał ochrony wielorybów ponad obronę kraju. Poza tym, jak podkreślają niektórzy zwolennicy Sonar System, wiele ssaków ginie np. potrąconych przez statki czy złapanych przypadkowo w sieć, więc mogą ginąć i dla dobra sprawy – obrony kraju przed atakiem podwodnym. Zdaniem wielu wojskowych LFAS jest konieczny dlatego, że inaczej trudno jest wykrywać napędzane elektrycznie, ciche podwodne okręty wojenne, których najwięcej po USA i Rosji posiada Pakistan (24 do 40), Północna Korea, Iran i Chiny. Na liście posiadaczy marynarki podwodnej jest 21 państw Trzeciego Świata. Najprościej pisząc, LFAS to „statek" spuszczający jakby w sieci 18 głośników i osobno mikrofon. Dźwięk z głośników odbija się od nieprzyjacielskiego okrętu podwodnego i wraca do mikrofonu. W ten sposób można zlokalizować (oczywiście w odpowiedniej odległości) położenie okrętu, rozmiar, szybkość itd. Po waszyngtońskiej konferencji, większość ze znanych kolegów Kena przestała odpowiadać na jego telefony lub odpisywać na e-maile.

W obronie wielorybów (de facto przeciw wprowadzeniu nowoczesnego Sonar System), nadeszło ponad 10 000 listów (także z Polski po paru małych artykułach w zielonej prasie) i miliony e-maili. Wspomniana już Darlenne Katten, z ramienia rządu USA musiała zdawać Kongresowi, rządowi Wysp Bahama i rozmaitym federalnym agencjom sprawozdanie w związku ze sprawą ponad 40 razy! NAVY nie poprzestała bronić swojego Systemu, sugerując, że obrona kraju jest najważniejsza, że to nie jest aż tak szkodliwe jak dowodzą, że pójdą na układy z obserwatorami niezależnymi, nawet, że ograniczą część eksperymentów. Niemniej musiano przedstawić raport odnośnie systemu ochrony środowiska. Asystent Sekretarza NAVY, H. T. Johnson, zadeklarował, że marynarka wojenna jest bardzo niezadowolona, że musi przedłożyć taki raport: to jest jakby dawanie swojego planu wojennego nieprzyjaciołom powiedział Johnson.

W połowie sierpnia 2001 r. S. Johnson, od 15 lat nadzorujący Sonar System w NAVY, zaprosił Kena na spotkanie do jednostki marynarki wojennej. Był to pierwszy tak wysoko postawiony specjalista chcący rozmawiać z Kenem, od czasu kiedy D. Ketten przestała kontaktować się z bazą, po konferencji w Press Club. 3.10. doszło do spotkania, w towarzystwie Gentry'ego. Jak zwykle, Ken był jedynym człowiekiem na terenie jednostki bez garnituru lub munduru. Warto nadmienić, że pan Gentry kiedyś był trochę podobny w działalności do Kena, protestując przeciwko wojnie wiele lat temu. Teraz jednak pracuje dla NAVY. Spotkanie nie zakończyło się wspólną konkluzją. Dla Kena była to pierwsza możliwość zobaczenia oceanu i wielorybów przez najnowocześniejsze komputery monitorujące Sonar System. W głowie badacza przewija się myśl, że to on mógłby być na miejscu Gentry'ego lub Johnsona gdyby nie opuścił marynarki wojennej.

20 miesięcy po waszyngtońskiej konferencji, dostosowując się do wymagań wydania raportu oddziaływania na środowisko, NAVY przyznała, że jej Sonar System był powodem wypłynięcia i śmierci ssaków. Dodano, że marynarka wojenna ponosi za to pełną odpowiedzialność i że będzie w przyszłości współpracować z odpowiednimi agencjami ws. LFAS. Jednak sam LFAS jako taki nie był wspomniany w raporcie. Nigdy wcześniej Sonar System nie był uznany za przyczynę urazu ssaków, nigdy też dotąd NAVY nie była w żaden oficjalny sposób powiązana z tym problemem. Raport wyszedł zaraz przed końcem 2001 r. zanikając w mediach pośród przygotowań do Sylwestra. Marine Mammal Commission (federalna agencja obserwująca zagrożenia dla ssaków wodnych) zainteresowała się Kenem, oficjalnie uznając jego obserwacje. Nawet znany komandor NAVY, Paul Steward (współautor raportu odnośnie wydarzeń wokół Wysp Bahama) powiedział o Kenie: jest on wspaniałym obserwatorem przyrody… przygotował bardzo dobrą bazę danych… powiedział to w co wierzył… Próbował umotywować, definitywnie wzbudził świadomość… nie mielibyśmy informacji jeśliby on nie obciął tych głów. Niemniej, nawet sympatycy poglądów Kena nie wierzyli, że 7 zdechłych wielorybów i potencjalna powtórka śmierci na masową skalę, zdołają postawić tamę eksperymentom NAVY. Także nie było większego szoku, kiedy po kilku publicznych przesłuchaniach (prezentacjach), na których przeciwko wprowadzeniu LFAS wypowiedziało się wielu przedstawicieli kilkuset grup – włączywszy Polish American Environmental Alliance – w połowie lipca 2002 r., Fisheries Services wydała zgodę na kontynuowanie używania Systemu. Wprowadzono kilka ograniczeń, np. od ssaków i obserwatorów cywilnych, ale najnowsza wersja Sonar System dostała zielone światło, tym razem i oficjalnie. Narzucono też obowiązek stałego badania oddziaływań Systemu na środowisko naturalne. W sierpniu 2002 r. koalicja na czele z NRDC zaskarżyła decyzję Fishers Services do sądu nazywając ją „nielegalną". Podkreślono, że NAVY właśnie dostała pozwolenie na prowadzenie działań z Sonar System na 75% (!) oceanów! Czołowy adwokat ekologów Joel Reynolds, argumentował, że takowa decyzja powinna być poprzedzona szeregiem spotkań począwszy od naukowych, poprzez polityczne, do prawnych i sędziowskich.

No i pod koniec września 2002 r. (zaledwie miesiąc po zaskarżeniu i 2 miesiące po daniu zielonego światła dla LFAS) podczas ćwiczeń NATO w pobliżu Wysp Kanaryjskich, nastąpiło podobne do bahamskiego zjawisko – 15 wielorybów na plażach z identycznymi objawami jak te z 1995 r. Ponownie NAVY chciała odciąć się od sprawy, co wynika ze słów rzecznika prasowego marynarki wojennej USA: byłoby niestosowne spekulować nad przyczyną wydarzenia. I stało się coś zupełnie nieoczekiwanego, pod koniec października 2002 r. sędzia Elizabeth de LaPorte, wydała polecenie wstrzymania LFAS do czasu kiedy NAVY ustali wspólnie z grupami ekologicznymi, gdzie można używać Systemu najbezpieczniej. Nie oznacza to zakazu, jednak grupy zielone i niezależni badacze, uznali to za absolutny sukces. Powstała możliwość potencjalnej rozprawy sądowej na pewną skalę w federalnym sądzie. Reakcja Kena Balcomba była krótka „WOW!". Chociaż, w międzyczasie rozpadło się już drugie małżeństwo Kena, wielu jego byłych kumpli nadal się nie odzywa, dalej nie ma stałych funduszy na jego badania, nie ustaje on w prowadzeniu obserwacji życia podwodnego, a jego zapał do ochrony wielorybów nie zmalał. Według jego własnych słów, wszystko co chciał to zostawić ślad i powiedzieć: byliśmy tutaj, to jest to co widzieliśmy.

z Kalifornii Przemysław Sobański
contact@paeasite.com

DELFINY W NAVY

Dla niektórych może być zaskoczeniem, że największa, najlepiej wyposażona marynarka wojenna świata używa delfinów w działaniach wojennych. Marynarka wojenna USA (NAVY) ma 70 delfinów, kilka słoni morskich i parę wielorybów – trenowane są one w bazie NAVY w pobliżu San Diego.

Wykorzystywanie delfinów do wykrywania podwodnych min zostało zapoczątkowane ok. 40 lat temu. Choć obecnie nie jest to zbyt popularna metoda.

Do wykrywania podwodnych min używa się okrętów wyposażonych w specjalne „siatki", robotów, helikopterów transportujących spuszczony do wody „łańcuch", który niszczy napotkaną minę lub ją wyciąga. Oprócz tego NAVY nadal wykorzystuje do tego celu delfiny, ponieważ mogą one pływać do ok. 37 km/h niezależnie od pory dnia lub pogody, co jest dużym udogodnieniem w porównaniu np. z podwodnymi robotami.

Delfin – podobnie jak wieloryb – lokalizuje przedmioty za pomocą dźwięku. Wydaje sygnały, które odbijają się od napotkanego obiektu i wracają do ssaka. W taki sposób rozpoznaje on wielkość, przybliżony kształt, szybkość i kierunek poruszania się obiektu, który może znajdować się w odległości nawet 100 jardów. Natomiast lwy morskie wykorzystywane są do wykrywania i łapania nurków wojsk nieprzyjacielskich, próbujących zbliżyć się z miną.

Oczywiście podłożenie min w pobliżu jednostek wojskowych nie jest łatwe i to nie z powodu lwów morskich, ale nowoczesnej technologii. Dlatego też niektórzy, niezależni badacze kwestionują używanie tych ssaków przez NAVY. Poddają też w wątpliwość sposoby ich trenowania. NAVY zaprzecza tym zarzutom, twierdząc, że delfiny traktowane są w łagodny sposób, nagradzane jedzeniem itp. Ssaki same wracają do okrętu, po spełnieniu swojej misji, a przecież gdyby były źle traktowane, mogłyby nie wracać, uważają badacze NAVY. Obecnie NAVY używa delfinów jedynie do wykrywania podwodnych min, a nie do ich niszczenia, co także bywa kwestionowane przez niektórych ekologów. Po wykryciu miny przez delfina (sprzęt NAVY odbiera i definiuje wracające od obiektu sygnały wydane przez ssaka), nurek zwykle musi potwierdzić jej lokalizację. Minę neutralizuje się i niszczy bez użycia wodnego ssaka, jak twierdzi NAVY. Nawet jeśli to prawda w większości przypadków, to jest mało prawdopodobne, że dzieje się tak zawsze, spierają się niektórzy badacze.

Istnieją trzy rodzaje wodnych min: 1) pływające luźno na wodzie, eksplodujące w przypadku napotkania np. okrętu lub amfibii, 2) wystające z wody, eksplodujące w razie zahaczenia o większy, cięższy obiekt, taki jak okręt lub łódź podwodna, 3) ulokowane głęboko w wodzie, eksplodujące po elektromagnetycznym „wyczuciu" okrętu/ ciężkiej łodzi/ amfibii na powierzchni wody.

Wykonanie najskuteczniejszych min jest stosunkowo niedrogie, a ich ulokowanie w wodzie nie wymaga użycia nowoczesnych technologii, mówią generałowie marynarki wojennej USA. Słonie morskie trenowane w San Diego, już są wykorzystywane w Bahrainie. Wodne saski odegrały znaczącą rolę w Bahrainie podczas wojny 1987 – 88, jak i podczas wojny wietnamskiej, kiedy to „chroniły" marynarkę wojenną USA. Podczas wojny w Zatoce Perskiej ponad 12 lat temu nie użyto delfinów, wtedy to wodne miny zniszczyły dwa amerykańskie okręty i była to główna przyczyna, z powodu której USA nie użyły amfibii do ataku od strony Kuwejtu. W świeżej wojnie z Irakiem, NAVY użyła delfinów do rozbrajania min.

Niezależnie od tego czy można wierzyć zapewnieniom NAVY, że wodnym ssakom nic się nie dzieje i że są one traktowane „humanitarnie", z punktu widzenia zwykłego człowieka zwierzętom kierowanym w pobliże min, zagraża niebezpieczeństwo.

z Kalifornii Przemysław Sobański

ZGROMADZENIE WSZYSTKICH ISTOT

26-28.6.2003 w Dolinie Wapienicy k. Bielska-Białej, na terenie Beskidu Śląskiego odbędzie się Zgromadzenie Wszystkich Istot – zajęcia warsztatowe skierowane do ludzi pragnących podjąć próbę przełamania egocentrycznego spojrzenia na otaczający nas świat, zwrócenia uwagi na sieć połączeń i zależności w przyrodzie. Warsztat jest zaproszeniem do wzięcia udziału w nierozerwalnym kręgu „wszystkich istot", odwołuje się do zasad głębokiej ekologii, jest oparty o starą legendę i rytuały pochodzące z różnych kultur oraz współczesną psychologię. Warsztat przeznaczony jest dla osób pełnoletnich. Koszt udziału w warsztacie wynosi 30 zł, ilość miejsc ograniczona. Informacje i zapisy pod adresem:

Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, ul. Jasna 17, 43-360 Bystra
tel. 0-338171468, prosić Radosława Ślusarczyka, e-mail: suchy@pracownia.org.pl

Z ZIEMI INDIAN (I NIE TYLKO)

Indianie z Kolumbii Brytyjskiej obawiają się, że Zimowe Igrzyska Olimpijskie Vancouver 2010 przyczynią się do dewastacji ich świętych terenów. Indianie nie są przeciwni samej Olimpiadzie, dostrzegając w niej szansę poprawy swego losu, budowy nowych domów po przystępnych cenach, a wreszcie okazję do sprzedaży dzieł współczesnej sztuki tubylczej. Obawiają się jednak skutków inwestycji zaplanowanych przez prowincję. Z okazji Olimpiady planuje się m.in. budowę nowoczesnego ośrodka rekreacyjnego Cayoosh Ski Resort na górze Mount Currie, niedaleko miasta Whistler.

Mount Currie to pozostałość pierwotnej puszczy, ostoja niedźwiedzi, jeleni i górskich kóz. To także tradycyjne łowiska oraz miejsce zbioru ziół, jagód i lekarstw dla 11-stu tubylczych grup (m.in. Shuswap, Squamish i Lil'Wat).

W referendum z 2000 r. 85% członków społeczności Lil'Wat opowiedziało się przeciwko budowie ośrodka Cayoosh Ski. Z jeszcze większą dezaprobatą spotkała się propozycja rozbudowy innego ośrodka Sun Peaks Ski Resort. Tubylcza młodzież zaprotestowała, rozbijając obóz poniżej ośrodka i niedopuszczając doń turystów. Policja aresztowała wielu uczestników tego protestu oraz zniszczyła obozowisko Indian, w tym szałasy potu.

Turystyka, zdaniem Indian, jest równie niszcząca jak przemysł leśny czy górnictwo. W górach wycina się szlaki narciarskie, płoszy się zwierzynę, a osiedla zamieniają się w wielkie parkingi.

Choć oba wspomniane ośrodki nie wchodzą w skład obiektów olimpijskich, ich właściciele liczą, że doskonałymi warunkami do rekreacji i uprawiania sportów zimowych przyciągną uwagę turystów zjeżdżających się na Olimpiadę.

Średnie dochody tubylczych rodzin z tego rejonu Kolumbii Brytyjskiej wynoszą obecnie 165 $ miesięcznie. Polowanie i rybołówstwo są podstawowymi źródłami utrzymania dla tych Indian.

Budowa nowoczesnej infrastruktury, hoteli i sieci dróg, a także spodziewany napływ turystów stanowi poważne zagrożenie dotychczasowego stylu życia Indian.

Tubylcy rozesłali do prasy komunikat wyrażający dezaprobatę sposobu organizacji Olimpiady. Apelują, by świat międzynarodowy, łącznie ze sportowcami i turystami, nie naruszał ich praw i tytułów własności oraz by trzymał się z dala od Olimpiady w 2010 r..

GLOBE&MAIL

***

31 .7. br. rozpocznie się kolejny, doroczny Święty Bieg Mt. Graham. Dwustu biegaczy (głównie Apacze, Yaqui, Tarahumara z Meksyku, Lakoci, Nawahowie, Hopi i Chicano oraz sympatycy z Francji, Danii i Włoch) wyruszy o świcie z rezerwatu Yaqui koło Tucson, by w południe następnego dnia wziąć udział w ceremonii zakończenia Biegu na górze Graham.

– Walczymy o naszą świętą ojczyznę – powiedziała 15-letnia Apaczka, Alicia Nosie. – To dla nas święte miejsce, tam zbieramy lekarstwa i otrzymujemy błogosławieństwa. Prawie za każdym razem, gdy jestem tutaj, czuję jakbym miała płakać, gdyż wiem, że nasi przodkowie są z nami podczas każdego biegu.

W 2002 r. Mt. Graham otrzymała status Obiektu o tradycyjnym i kulturowym dziedzictwie na podstawie Ustawy o zachowaniu miejsc historycznych. Żyje tam wiele zagrożonych gatunków zwierząt, łącznie z wiewiórką rudą. Przez ponad 10 lat góra była przedmiotem sporu Indian ze światem nauki o budowę na jej szczycie trzech ogromnych teleskopów. Z pomocą Indianom przyszli m.in. ekolodzy, którzy apelowali o pozostawienie tego miejsca w swym naturalnym stanie. Apacze i inne ludy tubylcze sprzeciwiały się planom naukowców z Uniwersytetu stanu Arizona, a także z Watykanu, Niemiec i Włoch, argumentując, że sprofanowana zostanie ich świątynia.

– Łączymy się z każdym w duchowy sposób, aby bronić nasze święte miejsca – powiedziała Cati Carmen, dyrektor Fundacji Yoemem Tekia z New Pascua w rezerwacie Yaqui. – Wszyscy borykamy się z podobnymi problemami, jak ziemia, woda i prawa kulturowe (…). Na płaszczyźnie duchowej musimy się wzajemnie wspierać. Apacze modlili się na górze Graham od setek, może tysięcy lat; wielu innych respektowało świętość tej góry jako należącej do wielkich wojowników Hapachi. Szanowaliśmy tę górę do tego stopnia, że gdy Yaqui napotykali tam Apacza pogrążonego w medytacji, nie robili mu krzywdy, ponieważ Yaqui szanowali tę świętą górę. Popieramy wysiłki wszystkich ludów tubylczych o poprawę swego stylu życia, w tym o poszanowanie ważnych miejsc, takich jak Mt. Graham.

***

Na środku Placu Pojednania w stolicy Australii, Canberze, stanie pomnik upamiętniający ofiary tzw. „skradzionych pokoleń" (stolen generations).

Prace nad projektem pomnika trwały ponad 10 miesięcy, opóźniane zarówno przez przedstawicieli organizacji tubylczych, jak i przez władze. Tubylcy skarżyli się na brak konsultacji z nimi, jak również na sam projekt pomnika, który niedostatecznie ich zdaniem symbolizował ból i przeżycia „skradzionych pokoleń". Strona rządowa z kolei nie chciała się zgodzić na umieszczenie tych dwóch spornych słów.

Wreszcie, 30.6. br., rząd Johna Howarda doszedł do porozumienia z Komitetem Narodowego Dnia Przeprosin (National Sorry Day Committee) i zatwierdził treść napisu.

Philip Ruddock, minister ds. tubylców, przyznał, że oddzielanie dzieci od rodzin było tragiczną i okrutną kartą historii Australii. Wyraził też nadzieję, że Plac Pojednania pomoże uleczyć rany z przeszłości.

Audrey Ngingali Kinnear, wiceprzewodnicząca Komitetu, zapewniła, że o pominięciu tych dwóch słów nie mogło być nawet mowy.

THE AGE

Marek Maciołek,
„Tawacin"
tawacin@tipi.pl
(c) TIPI 2003

Problem „skradzionego pokolenia" porusza wyświetlany obecnie w kinach film Polowanie na króliki (reż. Philip Noyce). To historia trzech sióstr, siłą odebranych matkom – mają zapomnieć o swoich korzeniach, przystosować się do nowego, lepszego świata. Uciekają z transportu, wystraszone, głodne i zmęczone podejmują heroiczną walkę z bezduszną biurokracją.

LASY PÓŁNOCNEJ KALIFORNII

Od wielu dziesięcioleci nazwa „Kalifornia" pojawia się w najbardziej znanych kampaniach proekologicznych w USA. Bowiem to właśnie w Kalifornii znajdują się gigantyczne porty, rozwijają się rozmaite gałęzie przemysłu, które razem z milionami samochodów zatruwają powietrze, co z kolei wiąże się z kampaniami na rzecz jego oczyszczania lub z karami za przekroczenie norm. Kalifornia to również unikalne kompleksy przybrzeżnych wysepek z rzadko spotykanym lub niespotykanym nigdzie więcej życiem wodnym (dopiero od czasów Clintona, po naciskach wielu badaczy zostały objęte jako taką ochroną). Tu także stacjonuje część floty marynarki wojennej USA, co wpływa na niszczenie życia podwodnego. Ponadto w Kalifornii, szczególnie północnej, rosną stare, często tysiącletnie drzewostany, także czerwonej sekwoi, co oczywiście przyciąga uwagę gigantycznych korporacji oraz najbardziej znanych działaczy „zielonych". Nie dziwi więc fakt, że to właśnie tutaj ruch zielonych jest liczniejszy niż gdziekolwiek indziej w USA.

Od wczesnych lat 1990-tych w spór o unikalne lasy czerwonej sekwoi zaangażowani są znani politycy, liderzy rozmaitych grup i wyznań, artyści, najaktywniejsi działacze ruchów proekologicznych, lokalne grupy osiedlowe, niektórzy dziennikarze, no i oczywiście korporacyjne giganty. W rachubę wchodzą ogromne sumy pieniędzy. W końcu grube korzenie czerwonej sekwoi to coś unikalnego. Naturalnie wśród i wokół starych drzewostanów znajduje się bogata, urozmaicona flora i fauna, częstokroć będąca pod ochroną lub uznana za ginącą. Niestety nie ma ona większego znaczenia dla bogatych firm, których pieniądze niejednokrotnie zasłaniają oczy tym, którzy podejmują decyzje dotyczące „ochrony" przyrody.

W 1996 r. zniszczenia spowodowane wycinaniem drzewostanu przybrały zatrważające tempo. Latem tego roku zieloni aktywiści po spotkaniu się praktycznie z ignorancją wśród polityków i „badaczy" wydających decyzje, zorganizowali publiczny protest, który odbył się w dużej mierze w okolicy lasów, należących do głównego niszczyciela kalifornijskiej puszczy – firmy Pacific Lumber (PL). Można dodać, że prezydent PL Ch. Hurwitz przybył tu z Teksasu, gdzie jego poprzednia firma zbankrutowała a koszta ponieśli podatnicy. Podczas demonstracji aresztowano ponad 1000 osób. Protest spowodował nagłośnienie problemu ochrony lasów czerwonej sekwoi w mediach. W końcu – w tamtym czasie – była to największa publiczna demonstracja ekologów w historii USA, wzięło w niej udział 10 000 osób. Ostatecznie sprawa skończyła się sukcesem zielonych. Udało im się wywalczyć na drodze sądowej zablokowanie wielu wycinek prowadzonych nie do końca legalnie lub całkiem nielegalnie przez PL. Znana obecnie Julia Butterfly (Hill), przesiedziała w tym czasie na tysiącletniej sekwoi 2 lata (nie schodząc z niej), chroniąc ją tym samym przed ścięciem, co doprowadziło do tego, że ostatecznie firma PL (po nieudanych próbach zastraszenia Julii przez latający nad głową śmigłowiec, nadający pogróżki przez głośnik i przez przysyłanych w nocy „drwali", rzekomo mających ściąć drzewo razem z Julią) zgodziła się na zostawienie drzewa w nienaruszonym stanie. Rok później zostało ono nieco podcięte, ale nie wiadomo czy przez drwali, czy też przez kogoś niechętnego Julii, która po zejściu z drzewa stała się bardziej kompromisową aktywistką. Niestety, także w okresie intensywnych prób ocalenia starej sekwoi i życia wokół niej, zginął 27 letni aktywista zabity przed drwali ścinających drzewo w jego kierunku. Ku pamięci aktywisty zasadzono wiele drzewek, drwale nie zostali ukarani.

W 1999 r. Pacific Lumber została zmuszona do oddania 7 300 akrów najstarszej części drzewostanu sekwoi w „ręce publiczne", czyli pod ochronę federalną. W zamian PL dostała 7 000 akrów mniej wartościowego drzewostanu, prawie 500 000 000 $ i pozwolenie na prowadzenie „ograniczonych" wycinek w kilku innych miejscach należących do władz stanowych. Ocalenie najstarszej części lasów czerwonej sekwoi stało się ogromnym sukcesem wszystkich włączonych w kampanię. Niemniej ekolodzy nie przestają czuwać, w sądach znalazły się sprawy dotyczące nielegalnych wycinek prowadzonych przez PL (firma została już kilkakrotnie ukarana), a kampania przybrała nowy cel: ocalenie reszty północnokalifornijskich lasów czerwonej sekwoi pozostających w rękach prywatnych właścicieli.

PL posiada 210 000 akrów lasów, na których terenie żyje wiele chronionych i unikalnych gatunków ryb, ptactwa i roślin. Najnowsze rozporządzenie sędziego (z sierpnia 2002 r.) zakazuje PL prowadzenia regularnej wycinki na posiadanym w Kalifornii obszarze, do czasu rozprawy i uregulowania spraw związanych z ochroną niektórych gatunków. Niestety, piły i samochody ciężarowe pracują niemal regularnie, pomimo decyzji sędziego. Od tego czasu wydano jeszcze parę tymczasowych zakazów nie do końca przestrzeganych przez PL. Od 21 do 23.1. trwała rozprawa, wytoczona PL na początku 2003 r. przez EPIC (Environmental Protection Information Center). Zakończyła się ona częściowym sukcesem zielonych, i są oni bliżej przekonania, że resztka kalifornijskiej puszczy oraz unikalna flora i fauna będą chronione pomimo nowych antyekologicznych pomysłów amerykańskiego prezydenta.

z Kalifornii Przemysław Sobański

JAK TO SIĘ ROBI W KALIFORNII...

W latach 60-tych XX w. komisja rządowa nadzorująca wycinanie drzew, została uznana za niekonstytucyjną, ponieważ jej zarząd składał się z dyrektorów firm, prowadzących wycinkę lasów. W 1973 r. utworzono w jej miejsce Board of Foresty, na który niestety ogromny wpływ mają korporacje, czerpiące zyski z wycinania starych drzewostanów. W 2002 r. podejmowane przez obywateli działania na drodze prawnej spowodowały usunięcie z Board of Foresty dwóch prokorporacyjnych członków. Istnieje także możliwość, że do odejścia z zarządu zostanie zmuszony jeszcze jeden człowiek, zasiadający w nim z ramienia korporacji.

Board of Foresty ma być z założenia niezależną agencją rządową, nadzorującą proces wycinania drzew w lasach. Utrzymanie niezależności Board of Foresty nie było i nie jest łatwe, ponieważ to Gubernator Stanu nominuje członków zarządu agencji. Obecny gubernator Kalifornii, Gray Davis, otrzymał na kampanię wyborczą prawie pół miliona dolarów od korporacji wycinających drzewa w Kalifornii. Komisja Senatu Stanu Kalifornia (nie mylić z Senatem USA) ma możliwość odrzucenia nominacji proponowanych przez Gubernatora, jak to się zresztą stało już dwa razy. W lutym odbyło się publiczne przesłuchanie następnego „kandydata do odrzucenia" – pana Rynearsona, którego firma pracuje dla znanej z legalnego i nielegalnego niszczenia kalifornijskich lasów korporacji Pacific Lumber.

W 1987 r. przemysł drzewny w Kalifornii wywalczył sobie poprzez pieniądze prawo wyłączenia spod Aktu Czystej Wody (Clean Water Act). Po zmianach prawnych w 1999 r. ustalono, że prawo wyłączenia utraciło swą ważność 1.1.2003. Od 1987 r. 85% obszarów kalifornijskich akwenów zostało poważnie zanieczyszczonych, za co obwinia się głównie przemysł drzewny!!! W międzyczasie kalifornijskie agencje stanowe zajmujące się sprawami „regulacji" wycinek drzew, zaczęły ściśle współpracować z agencjami, których zadaniem jest ochrona wód. To nieformalne połączenie znacznie utrudniło obiektywne rozpatrywanie takich spraw jak zanieczyszczenie wody przez przemysł drzewny. Regionalne stanowe agencje Water Boards są skłonne do przedłużenia wyłączenia przemysłu drzewnego spod Aktu Czystej Wody!!! Ruchy ekologiczne uznały to za skandal i jednoczą się w działaniach zmierzających do nie przedłużenia wyłączenia.

z Kalifornii Przemysław Sobański

NOWY POMYSL BUSHA

Prezydent Bush znany jest z poglądów antyekologicznych. Do tej pory udało mu się przeforsować parę legislacji uchylających ochronę niektórych miejsc cennych przyrodniczo i zezwalających na część bezkarnych procesów zanieczyszczania otoczenia. W tym samym czasie upadły w Kongresie inne prezydenckie, typowo antyekologiczne propozycje. Teraz G. Bush przedstawił plan nazwany „Fire Plan", którego celem jest „zapobieganie szerzenia się pożarów w lasach".

Ujmując sprawę w najprostszy sposób: Bush chce, aby we „wskazanych miejscach" można było wycinać nawet stuletnie drzewostany, jeśli miałoby to zapobiec rozprzestrzenianiu się pożaru. W ostatnich kilku latach pożary wypaliły spore obszary w amerykańskich lasach, za co Bush obwinił „zielonych"! Według planu przedstawionego przez prezydenta USA, obywatele stracą prawo apelacji od „przeciwpożarowego" wycinania drzewostanu, nawet jeśli drzewa lub ich otoczenie są bezcenne. Bush wytłumaczył, że ma zamiar uchylić możliwość apelacji, ponieważ w wielu wypadkach takowe protesty spowodowały opóźnienie lub zatrzymanie wycinek „przeciwpożarowych". Tymczasem według agencji rządu federalnego, Governing Accounting Office, w 2001 r. tylko 1% takich operacji został zaskarżony!!!

Oskarżanie ekologów o przyczynianie się do powstawania pożarów w lasach jest bezpodstawne, ponieważ to właśnie agencje rządowe (lokalne, stanowe a także federalne) zezwalały na wycinanie największych, starych drzew, zostawiając busz i młodsze drzewostany, które są mniej odporne na pożary. Fundusze z nowego „Fire Plan" nie będą przeznaczone na usunięcie małych drzewek i buszu, czyli –jak dowiedli uznawani przez rząd badacze – największego zagrożenia pożarowego. W zamian prezydencki „Fire Plan" pozwoli na wycinkę starych, dużych drzew! Plan przedstawiony przez Busha został napisany przez Marka Reya, który już w 1995 r. nie ukrywał swojego antyekologicznego nastawienia.

Plan prezydenta jest lansowany w Kongresie przez Larry'ego Craiga i Pete'a Domeniciego. Paru kongresmenów przedstawiło inne plany przeciwpożarowe, jednak żaden z nich nie dostał całkowitego poparcia niezależnych ekspertów. Najbardziej przyjazny środowisku jest plan – projekt senatorów Dianne Feinstein i Rona Wydena. Jednak nawet on zakłada często nieograniczone apelacjami i regulacjami prawnymi wycinanie lasów.

Sprawa nie jest łatwa. Feinstainowi i kilku innym znanym kongresmenom na razie udało się zablokować parlamentarne głosowanie nad prezydenckim „Fire Plan". Prezydent Bush nie zraził się trudnościami w Kongresie i posunął do przodu prace nad nowszą wersją swojego planu, zapowiadając, że wprowadzi on – dekretem prezydenckim – regulacje uchylające prawo apelacji, co umożliwi wycinkę bez opóźnień. Dotychczas prezydent nie spełnił swojej zapowiedzi. Debata w Kongresie opóźniła się w związku z wojną z Irakiem.

z Kalifornii Przemysław Sobański

PRZED WOJNĄ

15 000 osób przemaszerowało 11.1. ulicami Los Angeles protestując przeciwko amerykańskiej wojnie z Irakiem. Wśród dominujących haseł były: „We want Peace", „No War", „Nie obcinać funduszy na medycynę z powodu bomb i rakiet!" Marsz i koncert sponsorowane były przez niezależną rozgłośnię KPFK. Marsz zaczął się o 1130 rano, skończył się po koncercie i przemówieniach o 5 po południu.

Ogromny transparent „NO WAR ON Irak" (także po hiszpańsku) przewodził marszowi, za nim wiele innych trasparentów. Niemal każdy uczestnik marszu trzymał w górze jakiś plakat, transparent lub zwykłe „rękodzieło" z tekstem lub rysunkiem. Popularnym małym transparencikiem był znak stopu z napisem „Stop Bush". W marszu uczestniczyli też przebierańcy: prezydent Bush lecący na rakiecie, trzymający karabin w ręku; Statua Wolności przyodziana w odznaki największych amerykańskich korporacji (symbol, że to one rządzą krajem); prezydent trzymający rakiety, którymi celował w przechodniów; różnego rodzaju kukły. Marsz był określany w mediach jako b. głośny, głównie za przyczyną setek tamburynów, bębenków, nawet trąbek i puzonów, no i gwizdków.

Reprezentowane były różnego rodzaju grupy, od antywojennej koalicji „sponsorującej" marsz, przez Partię Zielonych, grupy społeczno-religijne, aktywistów praw człowieka, obrońców nielegalnych imigrantów, do organizacji typowo politycznych, niejednokrotnie skrajnie lewicowych czy organizacji weteranów. Maszerujący ubrani byli od garniturów z krawatami, przez sportowe ubrania, do zupełnie punkowych. Byli rowerzyści, inwalidzi o kulach i na wózkach, dzieci, młodzież i dziadkowie. Widać było stroje religijne, ozdoby, tańce, rytualne modlitwy o pokój.

19-sto letnia studentka Onalysa Flynn, dla której był to pierwszy protest, powiedziała wszystkich ludzi zgromadzonych tutaj symbolizuje jedna idea: nie zabijaj cywilów… Musi być jakaś inna droga niż zabijanie.

24-o letni Marc Hewitt powiedział, że prezydent Bush lansuje tę całą wojnę z osobistych przyczyn, takich jak wygranie prezydenckich wyborów, czy kontynuowanie pomysłów ojca. Zdaniem 23 letniej Natalie Wislon, USA przymierza się do wojny jedynie dlatego, że w Iraku jest ropa naftowa. Taki pogląd panuje powszechnie wśród oponentów wojny. 83 letnia Irja Lloyd (mieszkająca w domu starców) powiedziała, że jest tutaj protestując przeciwko wojnie, bo widziała ona już ich zbyt wiele. 6-cio letnia dziewczynka imieniem Naima Orozco oznajmiła: Nie można mieć pokoju bombardując niewinne dzieci i kobiety. Jej mama powiedziała, że przyprowadziła ją tu, żeby już zaczęła się uczyć prawa do wolności słowa. Bonnie Morrison, 46-cio letnia mieszkanka Los Angeles, powiedziała, że protestuje przeciwko planom wojny z Irakiem z powodu długotrwałych negatywnych konsekwencji (pozostałości uranu) w samym Iraku, jak i wzrastającego zagrożenia dla mieszkańców Ameryki. Jeśli ta wojna będzie miała miejsce, to przynajmniej wiem, że zrobiłem co mogłem, by do niej nie dopuścić – dodał jej kolega. Miejmy nadzieję, że administracja w Waszyngtonie nas słyszy powiedział student idący na końcu marszu. Wielu gapiów, jak właściciel sklepu złotniczego George Mobasseri, nie miało pojęcia, że tyle ludzi może być przeciwko tej wojnie. Na ogół patrzący z chodników i okien ludzie wyrażali gesty solidarności z maszerującym tłumem. Niektórzy właściciele biznesów zamknęli podczas marszu sklepy, z obawy przed powtórką wydarzeń z niektórych innych marszów, kiedy to chuliganie demolowali wnętrza sklepów.

Marsz zorganizowany był dobrze, przebiegał sprawnie, w dobrej współpracy z nielicznymi policjantami głównie regulującymi ruch drogowy. Nie było żadnych poważnych kłopotów, także nie widać było zbyt wielu umundurowanych policjantów, jak to bywa podczas niektórych marszów w Los Angeles. Ci obecni byli słabo uzbrojeni, co też jest rzadkością podczas marszów w tym jednym z największych miast na świecie. Jedynym znaczącym, kłopotliwym wydarzeniem, była mała szamotanina (nikt nie ucierpiał, nic nie zostało zniszczone) pomiędzy dobrze zbudowanymi mężczyznami związanymi z organizatorami marszu a grupą polityczną La Rouche'a. Chociaż jego partia także sprzeciwia się wojnie z Irakiem i występuje w obronie Palestyńczyków, jest on kontrowersyjną osobistością. 15-o osobowa grupka z partii La Rouche'a ustawiła się na początku marszu, 20 minut głosząc przez megafon poglądy antywojenne i antyizraleskie. Nawet krytykowali oni nielegalnych imigrantów w USA. Po wypchaniu ich z marszu, ustawili się oni tuż przed nim, dopiero po kilkuminutowej rozmowie z organizatorami i policją, zeszli na chodnik zwijając swój transparent reklamujący nadchodzące wystąpienie La Ruche'a. Jedyną krytyką z jaką (w związku z zamieszaniem) ze strony niektórych maszerujących spotkali się organizatorzy, było to, że wypchali oni grupę La Ruche'go fizycznie bez uprzedniego słownego nakazu.

Na zakończenie spontanicznego marszu, po koncercie grupy rockowej, wystąpili mówcy. Wśród nich poeci, aktywiści z rożnych krajów, telewizyjny aktor Martin Sheen, znany w Los Angeles businessman John Mack. Wystąpiła też kongresmenka Maxine Waters stwierdzając, że nie boi się prezydenta Busha i nawołując demonstrujących do kontaktowania z politykami na lokalnych i wyższych szczeblach z żądaniem antywojennych rezolucji. Jeden z mówców (były żołnierz) powiedział, że podczas poprzedniej wojny z Irakiem, on i 100 innych żołnierzy odmówili wylotu do Zatoki Perskiej, siadając pod kołami samolotów mających udać się na wojnę. Podczas całego okresu tamtejszej wojny, 7 500 żołnierzy odmówiło udziału w wojnie z Irakiem, za co zostali ukarani. Pomimo takowych protestów, na wojnę wysłano wtedy ponad 750 000 amerykańskich żołnierzy, z których oficjalnie na froncie zginęło ok. 100 (do chwili obecnej 10 000 dalszych zgonów miało miejsce pośród żołnierzy biorących udział w tamtej wojnie). Głównie za przyczyną zubożonego uranu używanego w bombach spuszczanych na Irak. Ten pierwiastek rozkłada się niezmiernie długo. Nie uprzedzeni o szkodliwościach uranu, żołnierze zbierali na pamiątkę kawałki np. rozwalonych czołgów.

Antywojenny marsz 11.1 kosztował ponad 12 000 $ (pozwolenie, system nagłaśniający itp.), z czego dużą sumę uzbierano podczas samego marszu. Ogólnoamerykańskie marsze na wielesettysięczną skalę miały miejsce 18.1. w Waszyngtonie i w San Francisco, także w kilkudziesięciu miastach wszystkich kontynentów. W lutym i w marcu odbyło się więcej masowych, antywojennych marszów, nieraz z udziałem znanych osobistości. W pierwszy weekend wojny, w Long Beach maszerowało kilkanaście tysięcy ludzi nawołując Busha do zaprzestania bombardowań Iraku.

Do wojny doszło, nadal giną w Iraku amerykańscy żołnierze i nadal nie znaleziono dowodu na istnienie broni chemiczno-biologicznej lub nuklearnej w Iraku.

z Kalifornii Przemysław Sobański

PS

Zdjęcia z tego i innych wydarzeń są na www.bobsob.com/difpic.htm

TRANSPORT REAKTORA ATOMOWEGO

W połowie lutego br. „California State Coastal Commission" (rządowa agencja nadzorująca bezpieczeństwo i wykorzystanie wybrzeży) wydała (głosami 7/5) pozwolenie na transport wzdłuż plaży reaktora atomowego. Reaktor jest własnością korporacji „Edison", zaopatrującej w elektryczność ogromna część stanu Kalifornia. Chociaż „Edison" to firma prywatna, posiada ona szereg licencji miejskich i często wykonuje biurowe usługi dla miast. Celem marcowego transportu reaktora było złożenie go na wysypisku odpadów nuklearnych w Barnwell, South Carolina. Reaktor został „wyczyszczony" z najbardziej promieniotwórczych substancji, jednak nadal jest radioaktywny.

Grupy ekologiczne i proekologiczne (włączywszy dość znany w środowiskach politycznych „Sierra Club") oponowały przeciwko transportowi reaktora wzdłuż plaży, argumentując, że może to przynieść katastrofalne skutki dla stanu wód, ptactwa i lokalnego ekosystemu. Transport będzie przebiegał nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie plaży, ale także przez autostradę i Stanowy Park Narodowy (!).

Waga reaktora, razem ze 192 kołowym (!) „traktorem", to 950 ton. Transport na odcinku 23 km poruszał się z szybkością nie większą niż 15 km/h i trwał kilka dni. Koszt „przeprowadzki": milion $.

Pomyślne dla „Edisona" głosowanie w „Costal Commission" nie przeszło bez małych kompromisów. Firma zgodziła się na przesunięcie terminu „przewozu", jeśli w pobliżu 50 m od trasy transportu znajdą się jajka zagrożonych gatunków ptactwa. „Edison" wyraził zgodę także na zatrudnienie biologów, którzy będą obserwować całą akcję.

Oprócz potencjalnego zagrożenia dla ptactwa, ekolodzy zwrócili również uwagę na ogromne niebezpieczeństwo podczas transportu reaktora (na specjalnym, plastikowym podłożu) na 12 kilometrowym odcinku plaży!!! Zdaniem „Edisona" inne możliwości transportu (np. koleją) odpadły z powodów „logicznych i finansowych". Po przebyciu trasy lądowej, reaktor popłynąć miał na statku przez Amerykę Środkową planów nie zrealizowano z powodu wojny (obawa przed terrorystami). Sprawa przyszłości nieużytecznego reaktora nie jest jeszcze dziś do końca pewna.

z Kalifornii Przemysław Sobański

XII OGÓLNOPOLSKI KONKURS FOTOGRAFII PRZYRODNICZEJ FOTO-EKO 2003
  • Przedmiotem konkursu są zdjęcia przedstawiające przyrodę Polski (np. rośliny, zwierzęta lub ciekawe przyrodniczo miejsca).
  • Można nadsyłać zarówno zdjęcia czarno-białe jak i kolorowe. Technika wykonania prac dowolna, zdjęcia muszą jednak mieć formę odbitek o rozmiarze co najmniej 15x20 cm (zalecany format: od 20x30 cm do 30x40 cm). Fotografii nie należy podklejać.
  • Jeden uczestnik może przysłać maksymalnie siedem prac. Każde zdjęcie rozpatrywane będzie osobno, chyba że autor zaznaczy, iż seria, licząca do pięciu zdjęć, stanowi zestaw (traktowany wtedy jako jedna praca). Nie przewiduje się podziału prac na różne kategorie.
  • Na odwrocie każdej fotografii należy zamieścić jej tytuł oraz godło autora (w formie słowa oraz liczby).
  • Do zdjęć należy dołączyć zaklejoną, opatrzoną godłem kopertę, w której należy umieścić kartkę z danymi autora – imię, nazwisko, dokładny adres i krótkie oświadczenie, że jest się autorem nadesłanych prac i posiada się do nich prawa autorskie. Do koperty tej należy także włożyć zaadresowaną do siebie, pustą kopertę ze znaczkiem.
  • Nadsyłając prace na FOTO-EKO 2003 i podając swoje dane osobowe uczestnik wyraża tym samym dobrowolną zgodę na przetwarzanie tych danych przez PTOP „Salamandra". Dane są zbierane w celu umożliwienia kontaktu z uczestnikami FOTO-EKO. Uczestnik ma prawo wglądu do swoich danych oraz ich poprawiania.
  • Prace prosimy pakować w sztywne koperty.
  • Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do ekspozycji oraz jednorazowej nieodpłatnej publikacji (w formie drukowanej lub elektronicznej) wszystkich nadesłanych prac, z zaznaczeniem nazwiska autora. Nadesłane prace nie będą zwracane.
  • W przypadku prac nagrodzonych i wyróżnionych, organizatorzy zastrzegają sobie ponadto prawo do ich wielokrotnej publikacji we wszystkich materiałach związanych z konkursem, z zaznaczeniem nazwiska autora, oryginalnego tytułu pracy i miejsca, które zajęła w konkursie.
  • W przypadku wykorzystania prac nadesłanych na konkurs w drukowanych publikacjach wydawanych przez PTOP „Salamandra", autorowi przysługuje jeden bezpłatny egzemplarz autorski.
  • Termin nadsyłania prac – 20.10.2003.

Zdjęcia należy nadsyłać pod adresem:
Polskie Towarzystwo
Ochrony Przyrody „Salamandra",
ul. Szamarzewskiego 11/6,
60-514 Poznań

Dla zwycięzców przewidziano atrakcyjne nagrody: sprzęt fotograficzny, albumy przyrodnicze oraz filmy o łącznej wartości trzech tysięcy złotych!

Podobnie jak w latach ubiegłych, najciekawsze prace nadesłane na Konkurs zostaną zaprezentowane na wystawie pokonkursowej, którą będzie można oglądać w wielu miastach Polski.



 
Wydawnictwo "Zielone Brygady" [zb.eco.pl]
Fundacja Wspierania Inicjatyw Ekologicznych [fwie.eco.pl]