Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO I PORTAL NIE PROWADZĄ DZIAŁALNOŚCI OD 2008 ROKU.

WAKACJE EKOLOGA NA UKRAINIE, CZYLI RZECZ O ZBOCZENIU ZAWODOWYM

WAKACJE EKOLOGA NA UKRAINIE,
CZYLI RZECZ O ZBOCZENIU ZAWODOWYM
To była moja pierwsza wycieczka na Ukrainę jako taką. Wcześniej jak tam byłam, to istniał jeszcze Związek Radziecki. Sądzę, że wszyscy znają tamte realia. Chociaż nie, młodsi nie muszą pamiętać. Podam więc krótko kilka obrazków, które mógł zobaczyć nawet cudzoziemiec: szambo wylewane z beczkowozu na pole ot tak sobie, w jednym miejscu, bez rozprowadzenia go po polu; miało to być nawożenie (nie dyskutuję z zasadnością prowadzenia takiego nawożenia, po prostu podaję fakt); albo podobna praktyka ze środkami ochrony roślin: wylane z wozu w jednym miejscu – wóz opróżniony, może wracać do bazy, normę wykonał i cześć. No, w tych warunkach, to mógł wykonać nawet 500% normy i jeszcze dostał za to nagrodę...; Opryskiwacz opłukany, a jakże, tyle tylko, że do stawu rybnego; paliwo (którego podobno brakowało) lejące się z węża po ziemi i inne przejawy beztroski.

Nie chcę się wdawać w krytykę minionego ustroju. Po prostu gdzieś w trakcie pakowania mignęła mi myśl: co teraz zastanę na Ukrainie, tych kilkanaście lat, to dużo, czy mało, mentalności ludzkiej nie da się zmienić, ale może chociaż decydenci... A znowu obraz medialny Ukrainy mamy taki, że mafia, rekiet (zatrzymywanie dla okupu po podróżujących ruszających się po drogach przez pracowników fizycznych mafii – była to podobno klęska), grube oszustwa na wysokim szczeblu i równie gruba rura z ropą czy gazem. Nie jest to dobry podkład dla ekologii.
Tak w ogóle, to chciałam zwyczajnie odpocząć, czyli spędzić urlop jak człowiek, tj. nie zajmując się pracą, nawet ulubioną. Z pewnością zaważyło to na moich późniejszych obserwacjach. I z jednej strony bez środowiska nie da się istnieć, zboczenie zawodowe ujawnia się nawet przez sen itd. a z drugiej, po prostu wypoczywałam: skupiłam się na kontaktach z rodziną i znajomymi, których nie widziałam już tak dawno. W trakcie tych naszych spotkań i rozmów, mimo woli wciskały mi się do podświadomości pewne fakty. Tym zaś, co najbardziej uderzyło mnie na Ukrainie jest pewien brak w myśleniu zwykłych ludzi. Brak myślenia przyczynowo-skutkowego (małe, rozproszone przyczyny – duże skutki), brak po prostu wyobraźni. Nie winię ich za to, po prostu zauważam fakt a fakt ten bardzo mnie niepokoi.
Całokształt wrażeń utrwalił mi się jednak dopiero po powrocie, gdy znów się znalazłam w mieszkaniu, które zajmuję w Polsce – w budynku po termomodernizacji, z „ciepłymi” oknami, regulowaną ilością wody w spłuczce, pięknie uregulowanym piecykiem gazowym, nierdzewnymi garnkami z wielokrotnym dnem (czyściutkie i oszczędzają gaz), oszczędnym oświetleniem itd. w tej swojej czystości i przytulności; gdzie ponadto planuje się normalne zawory na kaloryfery i oświetlenie przed klatką uruchamiane na fotokomórkę (światło się w nocy zapala, jak ktoś podchodzi do drzwi). Poczułam ile zrobiono u nas zarówno dla wygody, dla oszczędności, jak i dla ekologii. To takie proste rzeczy. Łączą się ze sobą. Najbardziej w domu. Ale nie uprzedzajmy konkluzji, wracam do Ukrainy.
Po drodze mijaliśmy ogromne pola. Zboże na nich rosło pięknie. Było takie jak lubię – nie cudownie wypielęgnowane ani nie nadmiernie zachwaszczone (Czy¬telnikom ZB nie muszę udowadniać, że i tak źle, i tak niedobrze – to częściowo zachwaszczone zboże to skrót myślowy, mam nadzieję, że zrozumiały) – taki złoty środek. Nie wszędzie te pola były widoczne. Jak już przesiadłyśmy się do samochodu, to przeważnie jechałyśmy „w tunelu” drzew. Drogi tam nie są jak u nas obsadzone pojedynczym rzędem drzew, tylko pasem drzew i krzewów o grubości ok. od 5 do 20 m. Jazda samochodem jest więc nużąca dla pasażerów. Niektórzy narzekają, że to pozostałość po sowietach, kiedy wszystko było tajne. Uważam jednak, że w ten sposób chroni się glebę przed erozją wietrzną, drogę przed zasypywaniem pyłem w lecie a śniegiem w zimie, no i nie dopuszcza się do rozprzestrzeniania zanieczyszczeń komunikacyjnych. Poza tym, na drodze ocienionej drzewami nie jest tak gorąco, jakby to było bez nich. Od siebie dodam, że mnie osobiście ten pomysł zachwycił z zawodowego punktu widzenia – tyle mówimy o zachowaniu bioróżnorodności – no to posadź człowieku wielogatunkowy zagajnik na miedzy dotychczas porośniętej jedynie perzem (na skutek zabiegów agrotechnicznych) – nie, w tej chwili nie roztrząsam skąd ten perz (u nas, znam takie miejsca, gdzie już nic innego nie da rady się utrzymać) i co tam zasadzić, żeby się przyjęło i jak uchronić przed wypaleniem, po prostu opowiadam co widziałam, że nie wszystko na wschodzie jest zacofane i głupie. A zwolennikom „dotrzymanych stężeń” i wietrzenia dróg przypomnę, że to nie „stężenia” nas zabijają, tylko „ładunki” (kolejny skrót myślowy, sądzę, że zrozumiały dla Czytelników ZB). Lepiej więc nie „rozwłóczyć” zanieczyszczeń po kraju, no bo tak: niektórzy uważają „rozpraszanie” za właściwą metodę zachowania czystego środowiska. Zwracam jednak uwagę, że rozpraszanie zanieczyszczeń pozwala wprawdzie zachować przepisowe stężenia np. w glebie, czy powietrzu, ale nie jest to żaden ratunek. Chodzi o to, że zanieczyszczenia np. niebiodegradowalne odkładają się w glebie i ich stężenie stopniowo wzrasta. Nie jest to dobre. Zwolennicy „rozprasza¬nia” powiedzą, że właśnie dlatego należy rozpraszać, ale zwróćcie uwagę – wtedy skażeniu ulegną następne tereny – taki jest mechanizm rozpraszania. Uważam, że mimo wszystko lepiej nie „rozpraszać”, tylko ograniczać u źródła.
Swoją drogą, stan techniczny wielu samochodów jeżdżących po ukraińskich szosach budzi jedynie zdziwienie – zdziwienie, że takie coś jeszcze jeździ. Nawet rozumiem tych ludzi – w kraju dużych przestrzeni, z wciąż niewystarczającą komunikacją zbiorową, przy równoczesnym niskim poziomie dochodów, pewnie nie mają innego wyjścia. W tej sytuacji fakt, że samochód jeździ na nafcie lub surowej ropie (bo i z tym się spotkałam), albo pali olej, albo w ogóle nie-wiadomo-już-co-robi a efektem tego są kłęby duszących, prawie bojowych gazów, nie ma zgoła znaczenia wobec innego faktu, że taki wóz w ogóle jeździ, że można dojechać do pracy, do pola, przewieźć ziemniaki na rynek, dzieci do szkoły, prosię do weterynarza, podrzucić turystę, schronić się przed deszczem, przebrać a nawet w razie potrzeby przespać się i coś zjeść w długiej podróży.
Daje się zauważyć, że nadal brak infrastruktury. W wielu miejscowościach BRAK KOSZY NA ŚMIECI NA ULICACH. Prozaiczne, prawda? No, ale właśnie brak. U nas przy całym nadal istniejącym nieporządku w dziedzinie odpadów, mamy już wbite do podświadomości kosze w sklepach, koło sklepów, na przystankach, koło ławek, skwerków, szkół, przejść dla pieszych. Tam nie. No, wiele sklepów ma już ten zwyczaj, że u drzwi stawia karton, do którego należy wrzucać odpadki typu opakowania po lodach. Gorzej z butelkami i słoikami. Recykling... a co to jest i do czego służy? Potem te śmieci zebrane w kartonie będą spalone na podwórku albo wywiezione na dzikie wysypisko. Widywałam takie w najdziwniejszych miejscach. Darujcie mi opis. Chyba gorzej niż u nas 15 lat temu. Jeśli szybko z tym czegoś nie zrobią, to będzie duża granda. Nas to dotyczy o tyle, że rzecz idzie o naszego sąsiada, z którym wspólną granicę mamy m.in. w Parku Narodowym. Ten karton na śmieci służy chyba temu, żeby ludzie po prostu nie śmiecili gdzie bądź koło sklepu, żeby utrzymać minimum schludności. Chciałabym optymistycznie napisać, że dobre i tyle, ale nie dam rady. Blokuje mnie. Nie jest dobrze i będzie gorzej, jeśli się tym nie zajmą. (Przy okazji – niech Ukraińcy skorzystają z naszych doświadczeń zarówno w zakresie śmieci, jak i w zakresie korzystania z pomocy Unijnej – że na poziomie państwa lepiej w systemie „zrób to sam”). Znam przypadki, że unijny ekspert kosztujący skarb państwa potworne pieniądze robił robotę rękami Polaków, ale to on brał forsę. Tak więc robił on potrójnie złą robotę: wykluczał z „obiegu” polskich (też przecież kwalifikowanych) ekspertów, wyprowadzał z kraju pieniądze, które mogliśmy wykorzystać na rzeczywiste potrzeby ochrony środowiska a rozwiązania dawał do niczego, w ogóle nie nadające się do zastosowania w naszych warunkach a w dodatku zależne od zagranicznych technologii, czym „wypychał z rynku” rodzime firmy, oferujące przecież podobne rozwiązania.
Przygnębiała mnie wszechobecność śmiecia. Piasek na budowę i dla dzieci ogrodzony zużytymi akumulatorami (takie porządne, ciężkie ogrodzenie, nie przesuwa się pod naporem pisaku, piasek się nie rozsypuje i mamy porządek na podwórku). Nie widziałam tam punktów skupu złomu, może więc stąd te akumulatory w piaskownicy? Może tu jest pies pogrzebany i może tu jest wyjście? Silnik samochodu postawiony kołem zębatym na ziemi (a tam przecież żużel i piasek!) i tak myty z węża. Na ścieki jest ładny rowek. Do rzeczki. Z szamba też. Dniestr zamulony i nie tylko na skutek deszczu (trochę się na tym znam, mogę oceniać na oko). Inne rzeki też. Nie ma kąpielisk, bo nie ma w czym się kąpać, no i w ogóle po co? Beznadziejnie.
Ci skądinąd sympatyczni i mili ludzie w ogóle nie rozumieli o czym mówię i to nie z powodu bariery językowej. Oczyszczalnia ścieków? Po co? Nam rzeki starcza. Businessman powiedział mi „z tego nie ma dochodu”. Miała być oczyszczalnia ścieków zbudowana w 1945 r. w kościele, kościół ocalono i nie ma oczyszczalni (autentyk, zapytać w Borszczowie). No a dlaczego nie ma jej w innym miejscu? Bo miała być w kościele. Potem zabrakło pieniędzy.
Inny obrazek: zagroda dla gęsi na wiejskim podwórku ogrodzona kawałkami falistego eternitu. Nie byłoby to aż tak przerażające, gdyby nie fakt, że gąski i dochodzące kurki obdziobują go sobie po troszeczku, zapewne w poszukiwaniu wapnia lub kamyków trawiennych do żołądka. Nawet gdybym nie przejmowała się dietą wegetariańską, to i tak nie miałabym odwagi zjeść takiego żołądeczka...

W ogóle ten eternit to świetna sprawa: nie gnije, nie rdzewieje, nie wymaga pielęgnacji, a jakie fajne z tego wychodzą drabinki dla drobiu (wejście do kurnika)! Do tego jeszcze dochodzą ogrodzenia piaskownic, załatane dziury w płocie itp. W kraju o skromnej stopie życiowej oraz wobec zaszłości jaką była powszechność zastosowania eternitu, tego typu pomysły są częste. Spotykałam je bez mała na każdym kroku. A włókna azbestowe są nieomal wieczne...
Nie mogę za to nie wspomnieć dzieci bawiących się na ulicy zamiast na łące czy nad rzeką (ale znowu drogą da się przejść, a rzeką przepłynąć nie, bo woda brudna i śmieci). I tak dalej i tak dalej. No, studnie ulokowane tuż przy szambach i płytach gnojowych u nas też są. Ale tam piją z nich wodę bez gotowania! Wiem, że nie same tylko bakterie w takiej wodzie są groźne. Wiem, azotany i inne przyjemności. Jak się później okazało, tam jeszcze wśród tych „innych przyjemności” były też ameby. No, leki na to mają tam bardzo skuteczne, lepsze w działaniu od naszych, ale nie w tym rzecz. Pokazuję, jak w życiu codziennym jednostki bezpieczeństwo sanitarne łączy się z ekologią. Wiem, że to banał. Dla nas. Tam dziwiono się, że nie podoba mi się tak wygodnie urządzona zagroda.
Brak oświetlenia ulic (nawet trasy międzynarodowej). No i jak facet wraca do domu nocą, to żeby sobie nóg nie połamał na wybojach musi mieć lampkę w oknie zapaloną. Zapalił ją wychodząc po południu do pracy. Czy nie byłoby korzystniej, gdyby to była lampa na ulicy? – podobny pobór mocy (a zatem i w konsekwencji zanieczyszczenie środowiska), ale służyłoby też innym ludziom na tej drodze.
Z drugiej strony są na Ukrainie istne cuda. Osobiście widziałam wodospad w Czerwenem. Są tam ruiny kościoła i zamku, pomnik ofiar pacyfikacji w 1945 r. (przyzwoicie urządzony). Położone jest to wszystko bardzo malowniczo na małym pagórku znajdującym się w naturalnej głębokiej niecce utworzonej z rudy darniowej (stąd nazwa miejscowości). Główną atrakcją jest jednak wodospad. Podobno ma 16 m wysokości. Nie wiem, nie mierzyłam, ale wrażenie robi. A już kąpiel w nim jest zupełnie fantastyczna. Wszystko to oczywiście dziko mnie zachwyciło. Uznałam jednak, że należałoby zracjonalizować ten ruch wokół wodospadu – wyznaczyć strefę na biwak, dla grillów, parking, kąpielisko oraz strefę ochrony samego wodospadu jako pomnika przyrody. Żeby móc się nim cieszyć, ale go nie zadeptywać. Nic takiego tam jednak nie ma i (podobno) nie będzie.
W okolicy, w której byłam jest też inne cudo: Grota Kryształowa. Podobno zwiedzanie trwa ok. 2 godzin i podobno widok zapiera dech w piersiach. Nie wiem, nie zdążyłam zobaczyć.
Inne (minimalne) pozytywy, to wszechobecność w lasach haseł typu, że to największe bogactwo, przyjaciel, że zwierzęta, że pożar itp. Czasem niestety te hasła są mocno emocjonalne, a mało obiektywne. Jest to chyba pozostałość po epoce, która lubowała się w hasłach. Ale może ktoś próbuje dotrzeć do ludzi w ten sposób? Może coś im z tego w głowach zostaje? Nie wiem.
W ogóle dotarcie do ludzi to trudna sprawa. Łatwiej z tymi, którzy bywali już w świecie. Oni wiedzą, że Kościół nie jest „polski”, tylko powszechny, że w mieście powinny być załatane i oświetlone drogi, że na Zachodzie segreguje się odpady. Nie wykazują jednak głębszego zrozumienia po co się te odpady segreguje, po co budować oczyszczalnie. Jakoś tak tylko powierzchownie przyjęty wygodny styl życia, bez niezbędnego „zaplecza pro-środowiskowego”. Czyli problem jak zwykle tkwi „w głowie”, w ludziach, w myśleniu, a raczej jego braku. Ekologia na Ukrainie to nie jest tylko Czarnobyl i konsekwencje. Wszyscy powinniśmy to przyjąć. Ochrona środowiska zaczyna się od „mojego podwórka”. Niestety, nie spotkałam na Ukrainie ludzi o takim podejściu. Tu chyba jest źródło większości ukraińskich problemów z ochroną środowiska. Nie można zwalać wszystkiego na pieniądze. Tych (czasem ubogich) ludzi stać na utrzymanie w ładzie swoich obejść. Nie wiedzą jednak, że we własnym interesie należy rozszerzyć pojęcie „obejścia”, że ono nie kończy się na dziurze od szamba i że to wcale nie musi strasznie dużo kosztować. Odniosłam osobiste wrażenie, że postkomunistycznemu społeczeństwu brak informacji. Ten towar długo był tam deficytowy. Chyba nadal jest.
Nie bardzo to rozumieli, nawet jak wykazałam, że można np. żyć z turystów (agroturystyka jest tam w ogóle nieznana, choć jest ją gdzie organizować i pomysł się spodobał). To z jednej strony wymaga czystego środowiska + infrastruktura, która to zabezpieczy (nie tylko turystyczna). Z drugiej strony, już powstała turystyka może stanowić zagrożenie dla środowiska – dzikie biwaki, problem odpadów i ścieków!!! A na Zachodzie rozśmieszają mnie na ten temat olejkami do opalania i środkami przeciw komarom – że im to rzeki zanieczyszcza; No to pytam się, po co smarować się filtrem i leźć na słońce? Nie lepiej siedzieć w cieniu? I filtr do tego niepotrzebny, i własna skóra ma spokój i okoliczna woda też. Piszę o tym w tym miejscu, żebym sama nie dała się ponieść narzekaniu na modłę zachodnią, żeby zachować zdrową miarę w ocenie sytuacji. Sprzężenie zwrotne. Na zachodzie biadolą nad zatruwaniem jezior przez olejki do opalania i środki przeciw komarom, zamiast zracjonalizować ich stosowanie. Staram się w tym miejscu nie popaść w zachodnią przesadę. Chcę za to pokazać związek: dzika turystyka – zagrożenie środowiska i przeciwstawić go oczywistemu rozwiązaniu docelowemu: turystyka z zapleczem – służba środowisku. To oczywiście duże uproszczenie, ale temat sam w sobie jest obszerny i dałby materiał na osobny artykuł. W skrócie: nie ma infrastruktury ochrony środowiska, więc dzika turystyka je zatruwa, utrudniając rozwój turystyki na dalszą metę. Z kolei inwestycje ekologiczne mogłyby wpłynąć na rozwój długofalowej turystyki, ale nie ma na nie pieniędzy, więc usiłuje się je robić na dzikiej turystyce i tak w kółko.
Nie jestem działaczem. Nie umiem apelować. Po prostu dzielę się swoimi refleksjami z tymi, którzy pojmą „gdzie mnie boli”. Bo nawet z tych moich zapisków zrobionych z pozycji gospodyni domowej i matki dziecku spędzającej radosny urlopik u krewnych na wsi, widać chyba, że Ukraina ma wiele do stracenia. A przecież na początek wystarczyłoby tak niewiele, np. uszczelnić kran, zamiana tych akumulatorów z piaskownicy na np. wybrakowane pustaki a tego azbestu z zagrody na zwykłe deski lub metalowe płaskowniki; albo można przypomnieć to hasło z poprzedniej epoki „wyłącz niepotrzebną żarówkę” (też nie było głupie). Po prostu, żeby uniknąć ZBĘDNYCH zagrożeń. Że już nie wspomnę o zakręcaniu wody przy goleniu i myciu zębów... Tu się właśnie zaczyna ochrona środowiska. Z własnego doświadczenia zawodowego mogę powiedzieć, że hasło „myśleć globalnie, działać lokalnie” jest słuszne. Jest też życiowe i praktyczne dla zwykłych ludzi takich jak ja. Jako ekolog z zawodu a prywatnie gospodyni znam obie strony medalu.
Wracając do Ukrainy, niezbędnie potrzebne są tam kanalizacja i oczyszczanie ścieków, potem segregacja śmieci. Truizmy? Tak, ale wszelki truizm bierze się z najbardziej konkretnych życiowych realiów, takich „wyświechtanych”. Za dużo chcę? Ludzie wychowani w trudach minionego ustroju mają na ogół nawyki oszczędzania i ponownego wykorzystywania. Np. pod wpływem moich gospodarzy utrwaliłam sobie zwyczaj wielokrotnego domowego wykorzystania foliowych woreczków ze sklepów. Inna fajna rzecz, to zwyczaj, że leki kupuje się na tabletki, czyli po prostu na sztuki – dokładnie tyle ile trzeba – oczywiście z ubóstwa, ale dzięki temu unikają przynajmniej jednego typu groźnych odpadów. Jest faktem, że przez cały czas pobytu nie zetknęłam się z lekami w odpadach, a miałam dużo do czynienia i z lekami i trochę z odpadami; Fajne jest to, że farmaceuta ma dla Ciebie czas i pieczołowicie zapakuje ci te tablety do torebeczki, opisze co to jest, jaką ma datę ważności, stężenie, dawkowanie itp. Brak im jedynie pewnej ekologicznej orientacji, żeby robili to mądrze. Nie wiem, kto mógłby im to dać. Panuje tam przekonanie, że władza jest zainteresowana swoimi kieszeniami, nie problemami ludzi. A ludzie – normalni jak wszędzie. Tylko życie mają nieco twardsze niż my.
Refleksja główna – należy dążyć do rozwiązań prawnych (ustawy) – u nas w ten sposób rozwiązano oczyszczanie ścieków. Dzięki temu, stopień skanalizowania np. naszego (rzeszowskiego) powiatu jest wysoki i obejmuje, wg różnych szacunków, 90 – 95% ludności. Kanalizacja nie przynosi dochodu, ale umożliwia długofalowy rozwój – w terenie bez kanalizacji nie może powstać żadna inwestycja. Osobiście uważam, że ekolodzy ukraińscy powinni dążyć do tego celu – ustanowić prawo ekologiczne a potem je egzekwować (+ wspomniana wcześniej edukacja). W życiu jest przecież tak, że można mieć po stokroć rację, ale liczy się to co na papierze, tu: prawo. Inaczej nie zmusi się przemysłu, czy gmin do inwestycji proekologicznych.
Jeszcze Wam opowiem na temat „eko a żarcie” – na Ukrainie nadal jest np. musztarda i keczup bez konserwantów (rakotwórczy benzoesan) – czyli można bez tych dodatków i jest to b. smaczne (a tak się niektórzy biją o zdrową żywność, czy więc nie lepiej zamiast strasznej filozofii po prostu normalne żarcie produkować jako zdrowe???) – u nas straciliśmy tę szansę, u nas musi być po „europejsku” (te dodatki do żarcia). Niech Ukraina tego nie zmarnuje – to jest duża wartość.
Inne przykłady: ogórki z drewnianej beczki, nie z plastyku – też b. dobre. Kolejna sprawa: kiedyś mieli b. dobry olej słonecznikowy, ale teraz nie kupowałam, bo na bazarze rozlewali go z kanistra PE (!) – kiedyś był ze stali nierdzewnej. Nieświadome niczego kobiety kupują to i jeszcze każą sobie przelewać do butelek PET… Zanikającą tradycją jest też kwas chlebowy a szkoda, bo był dobry.
A jak karmią swoje świnie i drób! Posłuchajcie co tam jest w jadłospisie tej żywiny: świeża dynia (kury, świnie), zielona pietruszka (sama oczywiście żarłam z radością a tam dostawały to też kury, gęsi, czasem świnie), młode pędy kukurydzy (gęsi), no i tradycyjnie różne ziarna (kury, świnie – w postaci osypki) oraz ziemniaki (świnie). Stąd doskonały nabiał i jajka – dla tych, którzy jadają. Nie dziwiłam się więc, że moje dziecko zachłannie żarło tam zwłaszcza jajka i o dziwo, nie dostało uczulenia (może więc to nie tyle jajka uczulają, ile te różne „uszczęśliwiacze” – dodatki do pasz itp.?).
Z drugiej strony, normą są tam zaniedbane konie – wychudłe chabety, żebra im widać. Przez cały czas naszego pobytu widziałam tylko jeden zaprzęg dobrze utrzymanych, nie chudych koni i trzeba przyznać, że one wóz pełen gruzu i żelastwa ciągnęły raźnym krokiem, podczas, gdy tamte wszystkie po prostu się wlokły. Poganiane też nie były batem, tylko słowem. Że też ci ludzie nie zauważyli (?) różnicy! …
Za to mojej córce podobał się „kot-pensionier” – stary, całkiem już ślepy na zasłużonej „emeryturze” (ciepły kąt w kuchni, spokój i micha żarcia) – szacunek dla wysłużonego zwierza.
A ze spraw zupełnie przyziemnych (i w przenośni, i dosłownie), dodam jeszcze po wielekroć krytykowane „małyszki”, czyli wschodnie toalety. Otóż zawiadamiam malkontentów, że: primo – pozycja w „małyszce” jest tą fizjologiczną (w odróżnieniu od przyjętej na zachodzie), secundo – w „małyszce” jest mniej różnych rupieci i łatwiej tam zachować higienę.
Tak więc potwierdza się moja teza, że nie wszystko na wschodzie jest głupie i ciemne. Niektóre rozwiązania chciałabym widzieć na naszym podwórku.
Mogę pomóc (w ramach współpracy, która na pewno jest – mogę się włączyć, tylko powiedzcie jak) – znam się na tym, a Ukraina jest mi bliska z wielu powodów.

Anna Owczarska
AnnaO@skrzynka.pl
tel. służbowy 48 17 8627511 w. 1427 lub 48 17 8528682

rys. Maria Łysik
28682

Anna Owczarska