Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Przebudzenie śmiesznego człowieka

 Kiedy stali się źli, zaczęli mówić o braterstwie i humanitaryzmie. […]
Kiedy się stali występni, wynaleźli sprawiedliwość i ułożyli sobie
całe kodeksy, żeby ją zagwarantować,
a dla zabezpieczenia kodeksów wystawili gilotynę.

 Fiodor Dostojewski, Sen śmiesznego człowieka

Nie wiadomo, czy Fiodora obudził okropny ból głowy, czy raczej ten wielki telewizor, który ryczał w nogach łóżka. Tak czy owak ból utrudniał wszelkie celowe działania, zwłaszcza wyłączanie czegokolwiek, to zaś cokolwiek, znaczy telewizor, hałasowało w najlepsze, jeszcze wzmagając ból głowy. Fiodor przycisnął poduszki do uszu i usiłował jakoś zebrać myśli.

Najpierw zauważył, że w telewizorze zalęgły się jakieś dziwne stwory o obliczach napiętnowanych różnymi rodzajami plugastwa. Każdy wykrzykiwał rozmaite hasła, głosząc z wielką gorliwością dobro, piękno, prawdę i żarliwie deklarując uczciwość i skromność, i wielką łagodność. Każdy przy tym co i rusz odmawiał tych zalet pozostałym stworom, i z wielkim zapałem rzucał na nie klątwy. A obłudne gęby wszystkich jakoś zadawały kłam i każdemu mówionemu zdaniu, i jego przeczeniom.

Usadzone w półokrągłym teatrze, przekrzykując się i wyjąc, i tupiąc, stwory aż wzbudzały litość tą swoją brzydotą, tym nieudacznictwem i jakimś moralnym strędowaceniem. Cała scena robiła wrażenie jakiejś mitomańskiej czy psychiatrycznej nierzeczywistości; wydawało się przecież niemożliwe, by ktokolwiek przytomny mógł powierzyć takim stworom pieczę nad ważnymi sprawami, którym orędowały, bo już sama ich uwaga zdawała się splugawiać i zgangreniać wszystko, czego się dotyka.

Bliski mdłości Fiodor zaczął macać za pilotem, żeby zmienić kanał czy chociażby ściszyć dźwięk. Zanim jednak wskórał cokolwiek, program sam się zmienił: teraz baba o przebiegłej gębie kramarki stała przed walącym się barakiem i pokrzykiwała do zziębniętego tłumu lokatorów, a przebrany w garnitur troglodyta usiłował ją przelicytować w formułowaniu bezsensownych żądań. Potem w studiu jakiś rząd czy zarząd, opasły chciwością, wzdęty frazesami, obwieszony marną imitacją godności, roztkliwił się nad losem ubogich lokatorów, potępił chytrość kamieniczników, i w konkluzji naznaczył im wszystkim wyższe podatki.

Fiodor złapał w końcu pilota, uczepił się go jak klamki okna w śmiertelnie dusznym pomieszczeniu, ale coś to okno zdawało się prowadzić do kolejnych nie mniej zasmrodzonych sal: Na jednym kanale stado autorytetów prześcigało się w tautologiach, wzajem komplementując te swoje banały, na innym jakiś gnom o niegodziwym i załganym obliczu odgrywał rolę autorytetu moralnego, gdzie indziej bełkoczący pijaczyna grał intelektualistę… Zdawało się, że nie ma już innych kanałów, wszędzie tylko wielki festiwal plugastwa.

Tu ten tłusty, któremu głos ledwo przechodzi przez przeżarte wódką gardło, dziś walczy o trzeźwość narodu, tam na temat piękna skrzeczy krzywogęby kuglarz o zaciętym obliczu maszkary, tu znów złodziej zezowaty, obwieszony złotem, potępia kradzieże, obok zaś obleśny świętoszek z rozpiętym rozporkiem, zaglądając w dekolt prezenterce, wzywa do naprawy obyczajów. A z kolei te kurduple, co jak twierdzą jedyne z tej zgrai nie kradły ani też nie łgały nigdy, a przynajmniej nie dały się złapać, takie są zawzięte i takie zionące nienawiścią do świata i zawiścią do wszystkich normalnych ludzi, że aż można zatęsknić za towarzystwem zwyczajnych złodziei i kłamców.

Fiodor gorączkowo i chaotycznie naciskał różne klawisze pilota, ale bez widocznego skutku; kloaczne kanały wciąż tylko rzygały brudem i plugastwem, z rzadka popuszczając dla wytchnienia trochę ubarwionych i perfumowanych reklam. W zestawieniu z tym ohydnym pandemonium – „Siedem grzechów głównych” Hieronima Bosha czy „Nieczystość” Piotra Breugela wydawały się naiwnymi i pogodnymi obrazkami z elementarza. Nigdzie niczego normalnego czy chociaż estetycznie obojętnego, jakby jakiś filtr przepuszczał tylko fałsze i niegodziwości. W poczuciu paniki, dusząc się i dławiąc, Fiodor chwycił lampę nocną o ciężkiej kamiennej podstawie i ostatkiem sił uderzył nią w ekran. Ten rozprysnął się, a wtedy do pokoju wtargnęło ożywcze i świeże powietrze, które w końcu naprawdę zbudziło Fiodora – do czystego świata bez telewizorów.
Marek Chlebuś