Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Noc czarownic

Czego nie ma w sieci, tego nie ma w ogóle – powiedział mi kiedyś kolega ze studiów, Darek Kołecki.

Był wieczór zimowy, chmurny i wietrzny, jeden z tych, które sprzyjają refleksji nad minionymi czasy, w których to ludzie byli jeszcze samowystarczalni i nieco inaczej ograniczeni w poszukiwaniu własnej prawdy o życiu. Dziś, przez większą część roku zamknięci w betonowych pudełkach, żyjemy od Teleexpresu do Panoramy i od Panoramy do Wiadomości, karmiąc się, w poszukiwaniu prawdy o sobie i świcie, rzeczywistością medialną.

Pozostając samotrzeć w bąblu ciepłego powietrza, we wnętrzu betonowego pudła, wędrowałem niespiesznie po sieci poszukując tak zwanej spuścizny. Nie opuszczała mnie jednak świadomość, że z korzeni tejże będę spijał już tylko historyczny pokarm. Szurfowałem tak więc w sieci globalnej w poszukiwaniu informacji o związku człowieka z astronomicznymi i przyrodniczymi cyklami natury. Najwięcej informacji znalazłem na stronach opisujących współczesny ruch wiccan. Słowo wicca znaczy „mądra kobieta”, co później przetłumaczono na czarownica. Długo by o tym prawić, a łamy ograniczone, jak to łamy, więc do meritum spiesznie zdążam. Była to zima, więc od zimowego przesilenia roku zacznijmy.

Przesilenie zimowe jest początkiem astronomicznej zimy na półkuli północnej: tej doby dzień jest najkrótszy, a noc najdłuższa (odwrotnie na półkuli południowej, tam jest to początek astronomicznego lata). Tyle Wikipedia.

Wędrując nieco dłużej po sieci, dowiedziałem się także o dawnych obyczajach związanych z tą szczególną nocą. Słowianie święto nazywane było Godowym. Moment roku, od którego przybywało dnia, kojarzony był z nadzieją, radością, początkiem nowego roku.

Przez tysiące lat noc ta była okazją do świętowania odwiecznego cyklu natury, tej nocy bowiem przypadał jeden z tak zwanych małych sabatów, czyli świąt czarownic, zwany Yule. Odprawiano magiczne obrzędy, wypowiadano zaklęcia, tańczono w blasku księżyca, przyzywano tajemne moce, kontaktowano się z duchami zmarłych. W obrzędach magicznych posiłkowano się laurem, rumiankiem, jałowcem, ostrokrzewem, szałwią. Spożywano pieczonego indyka, orzechy, ciasta z owocami, pito korzenne wino. Palono kadzidła z cedru, rozmarynu, sosny. Yule było także poświęcone duszom zmarłych, palono ogniska, w cieple których miały się one ogrzać. Na grobach odprawiano rytualne uczty.

Wikingowie celebrowali tę noc na chwałę boga płodności Freya, Rzymianie oddawali cześć bogini Lucina, patronującej księżycowemu misterium, Grecy z kolei czcili Dionizosa – boga wina. Kościół chrześcijański przesunął święto o dwa dni i poświęcił je narodzinom Jezusa Chrystusa.

Pozostałe małe sabaty przypadały na przesilenie wiosenne zwane także Nocą Walpurgii (31.4/1.5), na noc z 31 lipca na 1 sierpnia zwaną Sabat Lampas oraz noc Sabat Samhain, przypadającą na przesilenie jesienne z 31 października na 1 listopada.

Duże sabaty, jak wyczytałem na stronie poświęconej wicca, znajdują się w pół drogi pomiędzy solarnymi sabatami i związane są z gospodarstwem – wyznaczają żniwa czy też początek wyprowadzania stad na pastwisko. Sabaty te, zwane wielkimi, związane są z datami 1/2.2, 21/22.3, 21/22.6, 21/22.8.

Bywają chwile w życiu człowieka, gdy rozczarowanie własną egzystencją staje się tak dojmujące, że nie sposób uciec przed próbą jej odmienienia. Nie pamiętam jak udało się namówić Jacka na to zamieszanie, ale jakoś tak wyszło, że nie minęło czasu wiele, gdy wespół zespół wędrowaliśmy na tylnym siedzeniu PKS-u relacji Białystok – Hajnówka.

Do Zabłudowa dotarliśmy późnym popołudniem 21 grudnia. Był to jeden z tych dni, gdy myśl bez udziału woli wędruje ku sprawom ostatecznym. Gruba pokrywa granatowych chmur szczelnie wypełniała nieboskłon. O zmierzchu zaczęło wiać. Najpierw wiatr wprawił w drżenie brązowe i złote liście, wkrótce potrząsnął cieńszymi gałązkami, by wkrótce giąć grube konary i ganiać tabuny mokrych liści. Przemarznięci skierowaliśmy się wprost do baru. Po otwarciu metalowych drzwi wbiliśmy się w chmurę kwaśnego, tytoniowego dymu. Faceci, ich kufajki, walonki oraz barmanka w szarawym fartuchu majaczyli jak zjawy w gęstych oparach. Przez moment wszystkie spojrzenia skierowały się w naszą stronę, by wkrótce powrócić na dawne miejsca.

Po lekturze wywieszonego za bufetem menu zamówiliśmy tylko dwa kuflowe, by po chwili zasiąść przy metalowym stoliku pamiętającym z pewnością stan wojenny. Piwo było świeże i zimne, co wprawiło nas w nieco lepszy nastrój. Zaczęliśmy dyskretnie rozglądać się po sali. Pod ścianą, przy sąsiednim stoliku, niemalże jednocześnie wyłowiliśmy z tłumu podobnych do siebie postaci mężczyznę o twarzy wskazującej na wielkie trudy w wieloletnim borykaniu się z egzystencją. Coś w nim było takiego, co skupiało uwagę, coś magnetycznego. Nie minęło czasu wiele i zawarliśmy znajomość. Rozmowa przy kufelku toczyła się wokół spraw puszczańskich. Wacław, jak się okazało, był emerytowanym gajowym, a Puszcza i jej zwierzyna były całym jego życiem. Po trzecim piwie rozgadał się, jakby od dawna nie miał sposobności z nikim rozmawiać.

Opowiadał o dzikach jak szafy, bykach noszących wieńce, wewnątrz których dwie osoby wygodnie zasiąść by mogły, najwięcej zaś o wsi Kondycja, składającej się zaledwie z jednego domu, w której dawno temu pewien kmieć przedał diabłu duszę za kawałek pola.

Ruszyliśmy oczywiście do Kondycji. Nie minęło nawet pół godziny, gdy z granatowego nieba na przemian zaczął padać to deszcz, to śnieg. Z Zabłudowa do Kondycji jest około 12 kilometrów. Mieliśmy przed sobą dwie i pół godziny marszu spokojnym krokiem. Nie zwlekając, zanurzyliśmy się w czarny las. Snop światła latarki omiatał nieprzeniknioną ścianę puszczy, szczelnie porastającą skraj leśnego duktu. Silny, zachodni wiatr dawał koncert bez partytury na świerki, sosny, dęby, z akcentami w formie pękających, suchych gałęzi. Ochłodziło się nieco i z nieba zaczął padać ni to grad, ni to śnieg. Purpurowy księżyc pojawiał się na moment, aby po chwili zniknąć za gęstą kołdrą burzowych chmur. Od Lipowego Mostu dzieliło nas niecałe dwa kilometry, gdy przez gościniec przeskoczyło niewielkie stado dzików. Zwierzęta były wyraźnie spłoszone i nawet nas nie dostrzegły. Przy samej drodze zajęczało pękające drzewo.

Rozważając co lub kto mógł spłoszyć dzikie świnie, dobrnęliśmy do Lipowego Mostu. Mimo wczesnej pory wioska wyglądała na niemal wymarłą. Tylko w kilku chatach okna rozświetlało żółte światło świec. Wiatr musiał zerwać linię lub uszkodzić podstację. Ani jeden pies nie zaszczekał, gdy przecinaliśmy przyprószoną śnieżną kaszą wioskę. Na mostku zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Księżyc ukazał się na dłuższą chwilę, wypełniając jasną drogę, dachy chat i łąki czerwonawą poświatą. Podmokłe łąki nad Supraślą jeszcze nie całkiem zamarzły. Zasugerowałem drogę przez las. Jacek nie wyrzekł słowa podążając za mną. Wiatr nieco osłabł i z nieba sypnęło prawdziwym śniegiem. Ciężkie płatki puchu wirowały wszędzie, jakby wahając się, w którym miejscu mają ostatecznie zakończyć swoją wędrówkę. Zbliżała się godzina 23:30, gdy dotarliśmy do mostku na Słoi.

Byliśmy w Kondycji, gdy w głębi drogi biegnącej w stronę wsi zamajaczyła jakaś postać. Ciemna sylwetka powoli zbliżała się w stronę mostku. Po chwili dał się słyszeć wyraźny odgłos stąpania po piaszczystym podłożu. Dwa kroki przede mną stał pan Wacław. Zamurowało mnie. Prędzej spodziewałem się spotkać na tym pustkowiu ducha, niż właśnie jego. Stary mężczyzna popatrzył na mnie, uśmiechnął się i rzekł:

- Co, jednak przyszliście? – Nie wiedziałem co odpowiedzieć i pomyślałem, że poczęstuję go papierosem. Gdy okazało się, że paczka jest pusta, schyliłem się do plecaka, który stał przy barierce mostku. Wyprostowałem się z zapieczętowaną jeszcze paczką i stwierdziłem, że jesteśmy z Jackiem na mostku sami.

- Gdzie on jest?
- Nie wiem. Rozpłynął się w ciemnościach.
- Jak to rozpłynął się?
- Nie mam pojęcia. Był i po chwili po prostu zniknął.

Kilka dni później powróciłem do Zabłudowa, aby odszukać starego leśnika. Wypytywałem o Wacława w barze i pod sklepem spożywczym, będącym stałą czatownią miejscowych piwoszy, nikt jednak o nim nie słyszał. Zrezygnowałem już niemal z dalszych poszukiwań, gdy pod sklepem pojawił się starszy mężczyzna w ciężkim kożuchu do ziemi. Znałem go, pewno, że znałem – powiedział – tyle, że Wacław nie żyje już od sześciu lat.

Tomasz Lippoman
www.bialowieza.com.pl

[czytaj więcej - wersja pdf]

Tomasz Lippoman