Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Legendy z Puszczy Knyszyńskiej - wieś Kondycja

Jest w Puszczy Knyszyńskiej wieś Kondycja, składająca się tylko z jednego domu. W domu tym mieszka sołtys tego dwuosobowego królestwa, składającego się z sołtysa i sołtysowej. Nasuwa się tu pytanie, czemu wieś Kondycja jest tak nieliczna, oraz nieco bardziej frapujące, czemu jest aż tak liczna?

Było to dawno temu, w czasach, gdy gościńcami wędrowali rycerze w zbrojach, a w knyszyńskich matecznikach mieszkały niedźwiedzie i rosomaki. W samym środku Puszczy, nad rzeką Słoją, osiadł wraz z rodziną Wojciech - syn bednarza. Gospodarstwo jego składało się z niemal 30 morgów żyznej gleby. W skład majątku wchodziły soczyste łąki i spory kawałek ornej ziemi położony pod samym lasem. Wojciech był człowiekiem pracowitym i silnym. Rok po roku przybywało majętności w zamkniętym na solidne, kowalskie zamki świrunku. Dzieci rosły, a wraz z nimi rosła gospodarka. Gospodarz zarobione pieniądze lokował w ziemię, dokupując po kawałku od mniej zaradnych sąsiadów. Z czasem był posiadaczem niemal dwukrotnie większego kawałka pola niż w dniu, w którym osiadł nad Słoją. Ulubioną rozrywką Wojciecha było siadywanie na niewielkim pagórku pod lasem i podziwianie swojej majętności.

Po kilkunastu latach odkupił od sąsiadów wszystkie okoliczne pola i uchodził za miejscowego bogacza. Poczułby się jak pan na włościach, gdyby nie jeden mały problem. Problem nazywał się Marcin, pochodził z kowalskiej rodziny i był jego ostatnim sąsiadem. Syn bednarza kusił i prosił, nalegał, a nawet straszył, lecz nic nie pomagało. Marcin nie zamierzał rozstać się ze swoją gospodarką. Wojciech chodził jak struty, wychudł, sczerniał, lecz bynajmniej nie wyszlachetniał. Jego serce przepełniała coraz większa nienawiść, a w głowie co i raz rodziły się mordercze myśli. Syn kowala jednak nie był kiep, ani ułomek, a do tego miał przy boku czterech dorodnych synów.

Pewnego grudniowego wieczoru Wojciech wybrał się na obchód swoich włości. Z przyzwyczajenia zaszedł na górkę pod lasem. Zasiadł na kamieniu i zatopił się w czarnych myślach. Im dłużej myślał, tym bardziej nie mógł znaleźć wyjścia z sytuacji. Już miał zbierać się do chaty, gdy niemal same wypłynęły mu z ust słowa: "Duszę bym diabłu sprzedał, byle się gada pozbyć". Zapachniało siarką i w obłoku dymu ukazał się Boruta. - „Wołałeś mnie, więc jestem” - powiedział z przymilnym uśmiechem i natychmiast wyciągnął zza pazuchy gotowy cyrograf spisany na świńskiej skórze. Wojciech śmiertelnie się wystraszył i próbował zmykać do chaty. Nogi jednak odmówiły posłuszeństwa. Stał jak słup soli i słuchał pięknych słówek, którymi karmił go Zły. A diabeł miał w tym względzie niemałą ekspiriencję. Kusił, namawiał, mamił. Skołowany chłop złamał się wreszcie i podpisał cyrograf własną krwią. Diabeł obiecał, że najdalej za dwie niedziele zgładzi sąsiada wraz z całą rodziną, a jego ziemia przypadnie Wojciechowi.

Po kilku dniach nad okolicę nadciągnęło morowe powietrze. Wielu zaniemogło. Zaraza nie ominęła i pięknych łąk nad Słoją. Zgodnie z daną obietnicą Marcin wraz z rodziną ciężko zachorował i po kilku dniach oddał ducha w męczarniach. Kostucha nie zapomniała także o żonie oraz synach nieszczęśnika. Diabeł jednak okazał się nieco nadgorliwy, bo i cała rodzina Wojciecha zapadła na straszną chorobę i wkrótce dołączyła do innych, którzy za sprawą morowego powietrza pomarli, zamieniając piękną okolicę w miejsce posępne i odludne. Syn bednarza pozostał sam jak palec. W promieniu 10 wiorst nie było oprócz niego ani jednej żywej duszy. Historia milczy o dalszych losach chciwego chłopa. Wiadomo, że zmarł z rozpaczy, nie opuściwszy przeklętej ziemi. Ciało jego rozszarpały z pewnością dzikie zwierzęta, a niepochowane kości walały się jeszcze długo po zakończeniu marnego żywota. Po jego chacie wkrótce nie pozostał kamień na kamieniu. Od tamtych czasów wielu próbowało osiąść na słojskich łąkach w okolicy dzisiejszej Kondycji. Wszyscy jednak w popłochu opuszczali to miejsce, nawet nie kończąc budowy domu. Jak bowiem wiadomo, nad rzeką wciąż pokutuje duch Wojciecha. W wietrzne i deszczowe noce, a szczególnie w czasie zimowego przesilenia, ukazuje się on ludziom w tabunie śniegu, pokryty czarnymi krostami. Niekiedy niespokojny duch wyje przeraźliwie i miota straszliwe przekleństwa na Borutę.


Tomasz Lippoman
www.bialowieza.com.pl
Tomasz Lippoman