Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

BUKINI

Michał Cieśla szedł z siekierą do lasu po skrzypiącym szronie, rozglądając się, czy ktoś tego skrzypienia nie słyszy. Zima roku dwudziestego ósmego była taka, że już u jej progu ptaki wszystkie pospadały z nieba a Prądnik zamarł w miejscu z rybami ustawionymi w poprzek. Nawet śnieg przestał padać. Drzewa trzeszczały, skrzypiały i dzwoniły jak szkło od zestalonych w pniach soków. Ludzie po chałupach wypalili wszystek chrust i wypili cały samogon. Czysty sybir.

Michał we wszystkim ubraniu jakie miał, leżał pod dwoma pierzynami, ale nie mógł zasnąć od bólu zgrabiałych nóg. Owinął je onucami w nafcie maczanymi, w filcaki wsadził i wybrał się do lasu koło Złotej Góry. Napotkał Leśnego.
– Czego ty, Michał ze siekierą po lesie spacerujesz?
– Jakby mie wilcy po drodze opadli albo jakie inne… mendy…
Leśny migiem ściągnął z ramienia strzelbę i przygotował do strzału.
– Wilcy, powiadasz? Gdzie? Zara cie od nich uwolnię!
Cieśla zszedł z linii rażenia i pojednawczo opuścił siekierę obuchem do dołu.
– No dobra, panie Leśny. Pogadalimy i rozejdziemy się po domach, bo mróz i pary z gęby szkoda.
– No dobra, panie Michał, zimno ci, to se jakiego suchelca połóż. Tylko suchego, mówię! Obuchem uderzysz i po głosie poznasz. Żywe dzwonią jak szkło a suchy kołacze jak deska.
I poszedł.
Ale człowiek jak to człowiek. Co zechce zabrać, najlepsze wybierze, choćby się przy tym gorzej urobić musiał. Podszedł do buka, któremu za młodu jakaś gadzina głowę obżarła, bo siedmioma ramionami-braćmi w niebo wystrzelił, jakby je chciał nad całym lasem zatrzymać. Zatarł Michał ręce, siekierę w nich wyważył, przeżegnał się.
– Trammm!
– Ammm! – jękło w środku ugodzonego pnia i krew czerwona popłynęła z rany po siekierze.
– Patrzajcież, z tego zimna to aż soki się w krew zamieniają! – zdziwił się Michał i jeszcze bardziej się do roboty zapalił, bo mu od niej ciepło było. Rozdzwoniło się po lesie. Drzewo krzyczało ludzkim głosem i dalej krwawiło. Pot płynął z czoła Michała, para buchała z ust, jak smok siłował się ze swoją ofiarą, aż jedno z uciętych ramion oderwało się od braci i położyło na skostniałej ziemi.
– Bammm!
Kikut wyglądał jak pozbawiona głowy kogucia szyja. Krew wokół rozkwitła na śniegu.
– Alem się zagrzał przy robocie, aż mi się w oczach mieni! – kręcił głową oprawca. Nocą z teściem i szwagrami, we dwa konie powlekli do domu odrąbany i jęczący z bólu pień.
– Z tego zimna to aż drzewa skamlają – chuchali w zgrabiałe dłonie pomagierzy i popijali mętnym fuzlem.
Ale drzewo palić się nie chciało. Gasiło sobą każdy płomień, piec zapychał się kopciem od strony komina a mokrą sadzą od spodu. Żółty dym szedł na izby, dławił i wyjadał ludziom oczy, trzeba było drzwi i okna otwierać, bo tak cuchnęło, jakby siarkę palił.
W nieogrzanej chałupie porobiły się szpary, przez które szron sypał się na podłogi. Ludzki oddech szklił ściany. Dzieci kaszlały, płakały, zasypiały i już się nie budziły. Zimna zaraza obeszła obory i uśpiła inwentarz i Kruczka, choć go od budy odwiązali, żeby się z gadziną na oborniku przy kozach grzał.
– Nici z takiego drewna! – gniewał się Michał.
– Boś je ukradł i zamordował! – usłyszał głos za sobą. Zapalił gromnicę, bo już cała nafta wyszła i łojówki się pokończyly. W miedzianym świetle ujrzał babę kudłatą, w sukniach jakby z liści suchych uszytych.
– O, kurza dupa! Wiedźma! – przeżegnał się Michał, ale złe nie zniknęło, bo to nie wiedźma była tylko Bukini. Zła czegoś strasznie, pięścią włochatą i wielką jak głowa kapusty, z uczuciem w stół uderzyła.
– Dziecku mojemu łeb ucioneś, cożem je w buczynie schowała!
– To czegoś tam bachora wraziła? Nie miałaś gdzie? Domu nie masz, żeby go za piec wsadzić?
– Czego, się pyta! Przed kozakami i langiewicami co mi jedni po drugich chałupę spalili.
– Kozaków i langiewicy nie ma już tutaj! I to od kiedy!
– Ale legionisty jakieś po ludziach łażą i do garów nos pchają!
– Legionistów też już nie ma tu żadnych. Moskale ich wytłukli.
– No to ułany, albo partyzanty…
– Tu już nie ma nikogo, kobieto – przekonywał Bukinię, choć to nie kobieta była, ale Bukinia. Nieufna, bojaźliwie rozglądała się po izbie i na okół przez okno wyglądała zza szmatki.
– Żadnych patriotów już tu nie ma?
– Nie ma. I nie będzie. Możesz wracać do chałupy.
– Ale ja już nie mam chałupy i nawet nie wiem, którzy mi ją spalili, nasi czy tamci.
No tak. Zawsze się tego tutaj chmara cala włóczyło, turków, tatarów, rajtarów a potem kozaków, jegrów, szpionów… Na koniach i pieszo, w baranicach, kaszkietach i w kapeluszach, w pojedynkę i kupą. Ze strzelbą, kosą, nożami, pistoletem czy pałką. Jak zaraza toczyło się to wzdłuż dolin albo nagle w poprzek je przebiegało, tam i nazad i znowu tam. Taka ciasna, ukryta w lesie dolina a wojny pchały się do niej co chwila, aż wrzało jak w diabelskim saganie. Jedni drugich ścigali, potem sami przed ściganymi uciekali. Ktokolwiek kogokolwiek gonił, wszystkim wokół sadła nadgryzł do kości a drugi po nim baty spuścił za to, że się obgryźć całkiem dali i dla tego drugiego już nic nie zostawili. Pod okna się toto skradało albo drzwi wywalało siłą, szczęść Boże, kłaniało się albo kosę do gardła przyłożyło, to sznurem, to nahajką się wsparło, chleba i wody pięknie prosiło albo samo zabierało a resztę, czego nie uniosło, z dymem puściło. Dzieci porywało do oddziałów a gadzinę jeszcze żywą pożerało. Nie wartało siać ani zbierać, tylko żywym w las pociec i w drzewo się obrócić, które ziemia sama karmi. Pogorzelcy, kobiety z dziećmi przeważnie, uciekały w las i zamieniały się w bukinie, żeby ich od buków nie odróżnić, to w lipianki, to w grabiny, sośnice, jaworzychy czy jarzębichy…
Włóczyły się po lasach albo siedziały po norach czy jamach a ludzie ze wsi nosili im jadło, by kur nie dusiły, kóz nie doiły czy zbożom kłosów nie czochrały w kołtuny. Czasem te wąwoźnice zamieniały się w bezpańskie psy i chmarami biegały po polach, dusząc gadzinę albo atakując zwierzynę w lesie. Czasem chłopa żywcem poszarpało, a po przerażeniu w nieruchomych oczach widać było, że to wąwoźnica jakaś krwi spragniona była albo gorszych uciech. Różne sztuczki umiały. Jedna przybrała postać Cyganki i przyszła do Michałowic, gdzie chłopu krowa zdechła i trzy dni w szopie leżała, aż śmierdziało. Wtedy chłop dał tej wąwoźnicy ścierwo zabrać. Wiedźma tylko się nad truchłem schyliła i zawołała
– Wstawaj, nie będę cię na plecach niesła!
A krowa hyc! I na własnych nogach, ogonem wywijając, za wąwoźnicą do wąwozu poszła. Niekiedy swojego dziećmiora podrzucały jakiej dzieusze pod pierzynę. Musieli domu pilnować, okna zamykać, okoły grodzić z czterech stron świata, aby złe dostępu nie miało. Woda w studni zmętniała, pewnie studzianka w niej nogi moczyła, więc pilnowano, żeby dzieci zimnej wody nie piły. Czasem w studni gotowało się albo woda nagle zniknęła, to studnice obiad upichciły, zjadły i tyle ich widział. Chłop po jarmarku do domu nie trafił, bo go olszyny otumaniły, utarg skradły a chłopem rowy z wody wytarły do sucha.
Inna rzecz, że i tych nachodźców, przed którymi w las uszły, potem same nachodziły i wielu z nich życie potraciło z ich rąk. Tu kozaka powiesiło, tam poruszeńcowi łeb ucięło, więc się obcy bali trochę tego lasu.
Tak było zawsze, ale teraz? Dawno tu nikt o żywej wąwoźnicy nie słyszał, choć i to prawda, że ludzie nigdy o nich nie gadali aby się co złego z tego gadania nie porobiło. O czym się nie gada, tego nie ma i już.
– I co tera bedzie? – zafrasował się dzieciobójca.
– Szkodę trza naprawić. – znalazła wyjście Bukinia
– Przecież ci dziecek nie narobię!
– Swoje mi dasz – wymyśliła i od tego to wieczora Cieślom zaczęły dzieciaki mrzeć na koklusze a po nich gadzina, niby z zimna.
Zima odeszła dopiero przed Ogrodnikami, gdy już nie miało co wymierać. Wypuściła Prądnik ze swoich objęć i uśpione przez siebie ryby. W martwych drzewach rozkwitła zaraza, roje robactwa i woń pleśni nie dawały spokoju, bo co za dużo to niezdrowo, za duży mróz jedno wytruje, drugiemu drogę utoruje. Na jesień trzeba było wycinać na gwałt martwe suchelce, którymi zimą wzgardził marznący Michał. Teraz nic by z nich nie było, bo drewno przez lato zbutwiało i przerosło plechami, nasiąkło deszczem jak mech i nieprędko nadawałoby się do podpałki.
Dzwonienie siekier, szuranie pił i dudnienie kładzionego lasu nie dawało spokoju Michałowi. Dopiero teraz dadzą mu w kość baby, w drzewa przemienione!
A tu przyszedł do Michała Cieśli cieśla Pieszczyk z Woli i prosi, aby mu pomóc dom wybudować w Ojcowie, taki dla kuracjuszy, żeby w nim sobie czekali na fiakrów.
– Ale ja drwal jestem, nie cieśla – odpowiedział Cieśla
– O to chodzi, bo na placu pod domek trzeba drzewo wyciąć.
– Sam se wytnij, siekierą robić umisz.
– Ale ja cieśla jestem i budować ślubowałem, nie burzyć – bronił się Pieszczyk czeladniczym katechizmem.
– Wiesz co, Pieszczyk? Ja już teraz do cięcia się nie nadawam, bo mie ręka odmawia posłuszeństwa. U smolarza robię.
– Ty, Michał, dlaczego ci się nie chce? Zarobić dam, jak mi tę lipkę zetniesz. Drzewo świątkarzowi z Sułoszowej sprzedamy, bo to niczyja lipka. Sama tam wyrosła.
Lip ludzie nie ścinali, najwyżej na świątki, bo to było drzewo świętego Jana, a więc właściciela miało. Wieszali na nich kapliczki, aby je chronić od piorunów, co na ludzi także mogły spaść.
– Lipka, mówisz? Mnie tam wszystko jedno co, ja się żadnego drzewa nie chycę. A jak ci ta lipka wadzi albo sam jej wyciąć nie możesz, to dom na niej postaw, bele się w nim zmieściła.
– Ty wiesz, jaki musiałby być ten dom wysoki? Jak ta lipka, gdy urośnie jeszcze bardziej! Prawie wieża. A on musi być szeroki, żeby się w nim ludzi jak najwięcej pomieściło.
– To zbuduj kościół z wieżą, ludzie w kościele a drzewo w dzwonnicy.
– Kiedy desek nie ma nawet na samą dzwonnicę, tyle tego się bez zimę napsuło!
– To wypuść drzewko bez dach. – Nie dał się Michał namówić na egzekucję lipki.
I tak się stało jak radził Michał. Pieszczyk zabrał się za robotę i drzewku dom postawił a ludzie chętnie go nawiedzali, bo im się ten patent podobał.
– Dziękuję ci, Michał, żeś mi dziecko ocalił, com je przed plądrownikami do ziemi w koszyku zakopała. Niech do ciebie wróci, coś stracił! – usłyszał za sobą głos. Obrócił się a tam nikogo nie było, lecz w tej samej chwili Jadźka, kobieta jego do izby weszła.
– Michał, nie wzieniby my małej Leony po tych z Sąspowa, co się spalili? Dzisiaj jej babka umarła, a dzieucha za nic do ochronki wziąć się nie da. Na drzewie siedzi i wyje wniebogłos, że stamtąd do obcych nie zejdzie. Dzieciaka się odchowa i będzie komu to wszystko zostawić…
– Co ja mam z tymi drzewami… – stęknał Michał i poszedł po drabinę.

Gabriela Szmielik-Mazur
Gabriela Szmielik-Mazur